Nad polskim reportażem, szczycącym się wielką renomą w kraju i na świecie, zawisły w ostatnim czasie ciemne chmury. Najpierw Artur Domosławski  w książce „Kapuściński non-fiction” (2010) – biografii słynnego autora połączonej z interpretacjami licznych jego dzieł – wytknął pisarzowi liczne nieścisłości i luźne traktowanie faktografii, która przecież pozostaje fundamentalnym tworzywem każdego reportera. Wykazał, że w najbardziej znanych i docenianych tekstach (jak „Cesarz” czy „Szachinszach”) Kapuściński popuszczał wodze fantazji, kompilował  rozmaite materiały dokumentacyjne – jednym słowem nadużył zaufania czytelników, bo podejmowane przezeń zabiegi literackie górowały nad prezentacją faktów.

Inny „skandal” wywołała niedawno dokumentacyjna książka Jacka Hugo Badera o tragicznej wyprawie polskich himalaistów na szczyt Broad Peak pt. „Długi film o miłości”. Uczestnicy wyprawy po ciała dwóch himalaistów, którzy zginęli w zimowej wspinaczce, zarzucili autorowi dokonanie przekłamań w reportażu, brak uszanowania wrażliwości rodzin zmarłych oraz „turystyczne” zachowania podczas wyprawy ratunkowej. Więcej – zarzuty dotyczyły też wykorzystania  w książce relacji prasowych innych uczestników ekspedycji, ocierającego się o plagiat.

Ongiś Melchior Wańkowicz, nestor polskich dziennikarzy i reporterów XX wieku, w swej kanonicznej monografii reportażu „Karafka La Fontaine’a” podawał wiele zaleceń i przepisów, jak należy tworzyć dobry tekst reporterski i jakim warsztatem należy się posługiwać. Twierdził m.in., że reporterowi wolno jest dokonywać kompozycyjnych zabiegów nad zebranym materiałem, jeśli tylko zabiegi te nie fałszowałyby rzeczywistego kształtu zdarzeń oraz nie wypaczały portretu rzeczywistości. Innymi słowy – według autora „Ziela na kraterze” – reporter może np. skompilować wypowiedzi kilku swych interlokutorów w jedną tekstową postać, bo to nadaje artykułowi dynamizmu i spójności. Natomiast nie może „wymyślać” zdarzeń czy też tworzyć z głowy owych wypowiedzi. Zadanie reportera ogranicza zatem obróbka faktografii – gdy jego inwencja wykroczy poza nią, nie można już mówić o reportażu, lecz raczej o czystej literaturze.

Reporterowi nie wolno więc kłamać, to znaczy zmyślać. Ale też rola współczesnego reportera zmieniła się w stosunku do zadań, jakie mieli jego XVIII- czy XIX-wieczni koledzy. Od reportera z czasów, gdy nie istniał globalny obieg informacji przez media elektroniczne, oczekiwano doniesień zobiektywizowanych i stonowanych w komentarzu. Taki reporter grał rolę porównywalną do dzisiejszych telewizji informacyjnych czy cogodzinnych serwisów radiowych. W tym sensie informacje dla Polskiej Agencji Prasowej, reportaże i notki radiowe Kapuścińskiego stanowiły dla obywatela PRL-u swoiste okno na świat. Toczy się oczywiście dyskusja (skądinąd również sprowokowana przez książkę Domosławskiego), na ile przekazy autora „Hebanu” z tamtych czasów były skażone propagandą ideologiczną właściwą dla ówczesnej doby – ale to już inna sprawa.

Jednak najwybitniejsze dzieła Kapuścińskiego – „Szachin-szach”, a zwłaszcza „Cesarz” – to książki imitujące tak naprawdę tzw. literaturę faktu. Nie skupiają się na wiernym przedstawianiu rzeczywistości. Przecież „Cesarz” to w istocie nie portret funkcjonowania dworu cesarza Hajle Sellasje w Etiopii, ale raczej metaforyczny i uniwersalny fresk, ilustrujący model funkcjonowania politycznego systemu autokratycznego. I nie ma się co dziwić, że bywał w swoim czasie odczytywany jako zawoalowany portret komunistycznych rządów Edwarda Gierka czy wręcz, w ogólniejszym znaczeniu, komunistycznych satrapii w drugiej połowie XX w.

Dawny reporter był kimś, kto relacjonuje – jak dajmy na to słynny i uwielbiany przez Wańkowicza Egon Erwin Kisch. Dzisiejszy reporter to raczej ktoś, kto fakty przetwarza. I jego dzieło staje się często coraz bardziej literaturą, tak jak właśnie w przypadku licznych tekstów Kapuścińskiego.

Jarosław Klejnocki