Monika Selimi: Za godzinę idzie pan operować dużego tętniaka. Jest Pan spokojny, uśmiechnięty. W ogóle nie wygląda pan jak ktoś, kto myśli, że za chwilę w jego rękach będzie życie kolejnego człowieka. Po 45 latach pracy to już rutyna?

Prof. Jerzy Sadowski: To po prostu kolejny ważny zabieg. W tym momencie – najważniejszy. Kiedy wejdę już na salę operacyjną, nic innego nie będzie się już liczyć. Kardiochirurgia wymaga pokory i to ogromnej. Wczoraj operowałem pacjenta, w którego przypadku operacja była na pierwszy rzut oka bardzo prosta. Ale potem okazało się, że jak wycinałem zastawkę to była ona tak zwapniała, że bałem się, że usuwając ją przejdę dosłownie na wylot przez serce, dojdę do tętnic wieńcowych i już nie wybrnę z tego.

A to oznaczałoby, że pacjent umrze?

Tak. Sto razy wkładałem rękę patrząc, czy nie robi się tam krwiak. Udało się. Ale noc była ciężka, dla mnie również. Dzwoniłem do szpitala kilka razy. Musiałem wiedzieć. Inaczej nie potrafię.

I czuł się Pan wtedy niczym Bóg, który decyduje o życiu?

Nie. Wiem, że nawiązuje Pani do filmu „Bogowie”, ale to nie tak. My możemy naprawdę dużo, ale bywa, że ponosimy klęski. Polska kardiochirurgia jest na światowym poziomie, ale czasem wychodzimy z sali z opuszczoną głową, bo się nie udało...

Pamiętam taką przejmującą scenę z filmu „Bogowie”, kiedy prof. Religa operuje małą dziewczynkę. Coś idzie nie tak, a on bierze do ręki jej serce i zaczyna je masować. Wszyscy siedzieliśmy wtedy wciśnięci w fotele i czekaliśmy, aż serce znowu zacznie bić. Czy taka sytuacja mogła wydarzyć się naprawdę?

Rozumiem wzruszenie widzów. Niemal każdego dnia mam okazję przekonać się w czasie rozmów z moimi pacjentami, jak zwykły człowiek odbiera sam fakt dotykania serca. Natomiast jako profesjonalista muszę zdradzić, że taka scena jest w kardiochirurgii czymś zwyczajnym. To normalne w czasie każdej operacji w krążeniu pozaustrojowym – rutynowy zabieg służący odpowietrzaniu serca. Taki nasz chleb powszedni.

Ale i tak nie uwierzę, że nawet po tylu latach nie ma takich momentów, kiedy serce bije wam trochę szybciej.

Jest taki moment. I nie znam nikogo, na kogo by to nie działało. To moment, kiedy człowiek leży na stole operacyjnym już bez serca, bo przecież musimy je wyjąć i zastąpić zdrowym. Ta dziura w klatce piersiowej i puste miejsce... To naprawdę wyjątkowy moment. Za każdym razem.

A czym sam przeszczep serca jest trudną operacją?

Tak naprawdę to bardzo prosty zabieg. Jedno serce wycinamy, drugie musimy dopasować i w zasadzie gotowe. Ale i tu czasem sprawy się komplikują. Np. mamy zdrowy organ, ale aorta od dawcy jest znacznie węższa niż ta u biorcy. No i wtedy musimy ją bardzo dobrze dopasować, stworzyć taką szczelną rurkę, bo przecież tam jest ogromne ciśnienie. Śmiertelność podczas przeszczepów nie jest duża. Od dwóch lat nikt nam nie umarł, a z nowym sercem można żyć bardzo długo. Mamy pacjentów, którzy są już 20 lat po przeszczepie i czują się świetnie.

Czasem jednak organizm może odrzucić nowy narząd.

Może i zdarza się to bardzo często. Niekoniecznie po samej operacji, choć tak się dzieje najczęściej. W zasadzie każdy pacjent odrzuca przeszczep. Oni wiedzą, jak to wygląda. Są przez nas bardzo dobrze poinformowani. Zazwyczaj może to wyglądać jak zwykłe przeziębienie – temperatura, osłabienie. Trzeba być bardzo czujnym.