To spotkanie mogło wyglądać tak: sierpień 2011 roku, Grodzisk Mazowiecki, nierzucający się w oczy bar w centrum miasta. Czarnym jeepem Grand Cherokee przyjechał starszy mężczyzna w brązowej skórzanej kurtce. Wewnątrz czekało na niego dwóch ludzi, obaj po czterdziestce. Ubrani podobnie, żadnej ekstrawagancji. Stolik wybrali tak, by widzieć każdego wchodzącego do środka, a za plecami mieć ścianę. Przywitali się z przybyszem, potem rozmawiali kilkanaście minut ściszonymi głosami. Uważny obserwator dostrzegłby, że każdy z trzech mężczyzn co pewien czas dyskretnie taksował wzrokiem otoczenie. Kierowca jeepa wyglądał na lekko zdenerwowanego, ale panował nad emocjami. – Nie znamy się, nie wiem, czy mogę wam zaufać i czy jeszcze się spotkamy – zaczął. – To ma być dwóch chłopaczków, takich karzełków – w głosie słuchać było skrywaną niechęć. Na początek dam 10 tys. euro, ale chcę kupić jeszcze trochę złomu – dorzucił. Wyższy z siedzących przy stolików mężczyzn pochylił się w stronę przybysza. – A co ma być? Glock? Walther? – SWD, dwa pełne magazynki i skorpion – starszy szybko wyrzucał z siebie słowa. Nazwy broni musiały zrobić wrażenie na obu siedzących przy stoliku, bo drugi z rozmówców także nachylił się nad blatem. – SWD? Człowieku, to snajperski karabin! Urywa głowę z płucami z kilometra, masz pojęcie? Mężczyzna w skórze spojrzał dookoła, zanim odpowiedział. – Wiem, czego chcę, znam się. Da się załatwić? I bierzecie zlecenie na tych gnojków czy nie? – przerzucił wzrok z pierwszego rozmówcy na drugiego. – Zobaczymy, SWD to rzadka broń, ruskie wojsko trochę zostawiło, ale to, co się da kupić, to szmelc, lepsze tylko legalnie. Potrzebujemy czasu. A te gnojki to kto?

Przybysz wyjął z kieszeni komórkę i zaczął pisać esemesa. Pokazał go po chwili temu, który pytał. Cofnął aparat i jednym naciśnięciem przycisku skasował treść. – Dobra, widzimy się za miesiąc. Odezwiemy się – dwaj młodsi wstali od stolika i szybko się pożegnali. Mężczyzna w skórze przez chwilę siedział samotnie. Jeszcze raz sprawdził komórkę, zostawił na stoliku odliczone pięć złotych za małe piwo i także wyszedł. Czarny jeep odjechał w stronę Milanówka. Kilka godzin później młody informatyk z Warszawy odebrał telefon. – Dzień dobry, jestem z CBŚ, musimy się spotkać. Panu i pana bratu grozi niebezpieczeństwo.

Bracia (w rozmowie w barze nazywani „gnojkami”) to Piotr i Wiktor Drzewińscy, mężczyzna w skórzanej kurtce to ich sąsiad Piotr B. Przez kilka lat mieszkali w willi Chimera w Milanówku pod Warszawą. Dwaj ludzie, z którymi B. spotkał się w barze, to policjanci, pracujący jako tzw. przykrywkowcy. W tej akcji udawali handlarzy bronią i płatnych zabójców.

Dalej wszystko toczyło się pod dyktando Centralnego Biura Śledczego. Bracia trafili pod ochronę ludzi, na co dzień pilnujących świadków koronnych. Piotr B. spotykał się jeszcze kilka razy z agentami. W listopadzie zapadła decyzja, by mężczyznę zatrzymać. Mimo że był podsłuchiwany i śledzony, prowadzący tajną operację nie mieli do końca pewności, czy B. nie szuka jeszcze broni i zabójców poza kontaktami z przykrywkowcami.

Po zatrzymaniu prokuratura postawiła mu zarzuty podżegania do zabójstwa braci Drzewińskich, a także namawiania do zabicia dwóch innych osób i kupowania broni.

Dlaczego Centralne Biuro Śledcze i prowadząca śledztwo Prokuratura Apelacyjna w Warszawie zdecydowały się na wszczęcie operacji specjalnej wobec mieszkańca Milanówka? Kim jest Piotr B. i dlaczego chciał zabić dwóch synów sąsiadów? Kim są jego inne ofiary?