Weiss w milczeniu ogląda potężne drzwi i zamki, w końcu wyrokuje: bez kluczy nie da się ich otworzyć. Jedyny sposób na wejście do skarbca to wyjęcie kamiennego progu pod drzwiami, przeciśnięcie się pod nimi i otwarcie ryglowych zamków od wewnątrz. Zaczyna się żmudne kucie kamienia. 

W końcu próg udaje się wyjąć. Weiss przeciska się wąską szczeliną do środka i odblokowuje rygle. Kolejne drzwi, już słabsze, udaje się ślusarzom wyłamać lub wybić węgary – kamienne belki z boków drzwi. W końcu włamywacze docierają do komnat skarbca. Majster z Wrocławia przepiłowuje zawiasy skrzyń. Wyjęte z nich szkatuły, już bez otwierania, von Hoym i jego pomocnicy wynoszą do powozu. Gubernator decyduje, żeby na początek przewieźć je do jego krakowskiej siedziby. 

Zaginione skarby

Nie wiadomo, czy ślusarz otworzył szkatuły z klejnotami już w domu von Hoyma, czy dopiero po przywiezieniu ich do Wrocławia, co nastąpiło 8 października. Tajemnica została jednak zachowana. Przez kolejne 3 miesiące mieszkańcy Krakowa nie mieli pojęcia, że z Wawelu zniknęły koronacyjne klejnoty polskich królów i królowych. Dopiero 8 stycznia 1796 r., trzy dni po przekazaniu miasta Austriakom, nowy komendant miasta odkrył ślady włamania. Nie chcąc brać odpowiedzialności za zniszczenie skarbca, zwrócił się do krakowskiego magistratu o wydelegowanie kilku znanych obywateli jako świadków przejmowania Wawelu przez nowe władze. Znalazł się wśród nich m.in. Tadeusz Czacki, historyk i wybitny działacz oświatowy.

Po dotarciu na miejsce inspektorzy stwierdzili, że pierwsze drzwi do skarbca są nienaruszone. Dopiero kiedy kustosz Sierakowski otworzył je, poznali rozmiary kradzieży. Kolejne drzwi były powyłamywane, skrzynie porozbijane, w sepecie, w którym trzymano insygnia koronacyjne, przepiłowano skoble. Pozostało w nim tylko sześć dokumentów – kolejnych spisów zawartości skarbca. W sumie ukradziono ponad 120 przedmiotów, w tym najcenniejsze:

Tzw. koronę Chrobrego, którą koronowała się większość władców Polski, począwszy od Władysława Łokietka. Była to szczerozłota gotycka korona składająca się z 9 segmentów zwieńczonych liliami, o wadze ok. 1,3 kg, ozdobiona ponad 300 szlachetnymi kamieniami i 80 perłami.

Koronę królowych – insygnium koronacyjne żon królów.

Koronę homagialną – insygnium królewskie do odbierania hołdów.

Koronę węgierską, wykonaną na wzór korony świętego Stefana, którą koronował się Stefan Batory.

Koronę szwedzką – prywatną koronę dynastii Wazów, ozdobioną 225 szlachetnymi kamieniami i perłami.

Cztery berła królewskie.

Pięć jabłek królewskich.

Dwa miecze ceremonialne, w tym Szczerbiec.

Szczególną stratą była kradzież korony Chrobrego i korony królowych, używanych tylko do koronacji władców. Nie była to prywatna własność monarchów, lecz istniejące od niemal ośmiu stuleci znaki trwałości państwa. Pruskiemu królowi i von Hoymowi nie chodziło jednak o pozbawienie Polaków ich symboli, ale o złoto i szlachetne kamienie – motywem rabunku była wyłącznie chciwość. 

Na podłodze włamywacze pozostawili bowiem dwa stare żelazne miecze, uznając je za pozbawione wartości. Czacki rozpoznał w nich broń, którą Krzyżacy ofiarowali królowi Jagielle pod Grunwaldem. Miecze były noszone przed królem w dniu koronacji, symbolizując Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Gdyby Prusacy znali trochę lepiej historię Polski i kierowali się motywami politycznymi, pewnie kazaliby zabrać i zniszczyć je w pierwszej kolejności.

Stracona szansa

Informacja o rabunku krąży po mieście, ale… mało kto się nią przejmuje. Krakowski historyk sztuki Michał Rożek, znawca wawelskich regaliów, nie ma złudzeń. „To było społeczeństwo kolaboracyjne – tłumaczy. – Jedno państwo upadło, to będzie inne. Nawet w pierwszą sylwestrową noc pod zaborami Kraków świetnie się bawił. Los królewskich koron nikogo wówczas nie interesował. To przyszło później, wraz w romantyczną wizją dziejów Polski”.

Poza pruskimi urzędnikami jeszcze tylko dwie osoby widziały zrabowane klejnoty po ich wywiezieniu z Krakowa. Pierwszą był polski arystokrata Feliks Łubieński, który w 1797 r., przebywając na dworze w Berlinie z okazji objęcia tronu przez Fryderyka Wilhelma III, rozpoznał w naszyjniku królowej Luizy Pruskiej kamienie, pochodzące z polskich regaliów. Kiedy spytał o nie, królowa była wyraźnie zmieszana i więcej nie pokazała się publicznie w tej biżuterii. 

Trzy lata później zwiedzającemu berliński skarbiec brytyjskiemu księciu Sussex Augustowi Fryderykowi pozwolono założyć na głowę „koronę jednego z polskich królów”. Opowiedział o tym Janowi Ursynowi Niemcewiczowi. 

12 lat po rabunku skarbca cesarz Napoleon podbił Prusy i z części ich ziem odebranych Polsce w czasie zaborów utworzył podporządkowane Francji Księstwo Warszawskie. Fryderyk Wilhelm III został zobowiązany do zwrotu skradzionych z Wawelu klejnotów koronnych, które od roku były przechowywane w Królewcu. W końcu upomnieli się o nie też Polacy.

W 1807 r. minister sprawiedliwości w rządzie Księstwa Warszawskiego Józef Kalasanty Szaniawski został upoważniony do negocjacji z intendentem napoleońskiej armii księciem Daru w sprawie odzyskania regaliów. Daru, którego obowiązkiem było zapewnienie środków do finansowania napoleońskich podbojów, nie przejął się bynajmniej polskimi roszczeniami. Jego najważniejszym celem było wyegzekwowanie od Prus kontrybucji nałożonej po przegranej wojnie. Odrzucił więc polskie żądania, co było o tyle łatwe, że nie miały poparcia władcy Księstwa Warszawskiego króla Saksonii Fryderyka Augusta. Ten prawnuk polskiego króla Augusta III Sasa wolał dbać przede wszystkim o dobre relacje w potężnymi Francuzami.

Zagłada skarbca