Kobiety z Armii Krajowej, które trafiły do stalagu, po latach najchętniej przywołują najweselsze wspomnienia. Na przykład to, jak po pierwszym przedstawieniu obozowy zespół baletowy wyszedł z baraku i odtańczył krakowiaka na dworze w pięknych strojach krakowskich, a potem wszystkie dziewczyny puściły się w tany parami. Albo jak znienawidzony esesman oskarżył o kradzież chleba aktorkę z obozowego teatru przebraną za krasnoludka i wygrażał jej. Albo jak niemieccy strażnicy konfiskowali polskie flagi, a w obozie wciąż „z niczego” szyto następne. Trzeba przyznać, że te dziewczyny miały sporo szczęścia. W czasie Powstania Warszawskiego Niemcy nie mieli skrupułów, czy kobiety z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu stawiać przed plutonem egzekucyjnym.

 

Stalag zamiast KL

Te, które trafiły do niewoli, miały być wysłane do obozów koncentracyjnych, o czym mówił nawet specjalny rozkaz Heinricha Himmlera z 8 września 1944 roku. Ale Niemcy najprawdopodobniej przestraszyli się gróźb brytyjskiego ministra spraw wewnętrznych Anthony’ego Edena. „Represje wobec żołnierzy polskiej Armii Krajowej, będącej integralną częścią Polskich Sił Zbrojnych, są pogwałceniem przepisów wojennych, do których się zobowiązali [hitlerowcy – przyp. aut.], i wobec tego wszyscy Niemcy, którzy biorą jakikolwiek udział w tych gwałtach, są za nie odpowiedzialni, czynią tak na własne ryzyko i będą pociągnięci do odpowiedzialności za swoje zbrodnie” – powiedział Eden w Izbie Gmin w połowie września 1944 roku. Generał SS Erich von dem Bach, który przyjmował akt kapitulacyjny,zgodził się, by przyznać prawa jenieckie także 3 tysiącom kobiet żołnierzy. Jako żołnierze nie mogły więc być wysłane do obozów koncentracyjnych ani do pracy przymusowej. Musiały zostać umieszczone w obozach jenieckich, w których przestrzega się praw konwencji genewskiej. Hitlerowcy próbowali jednak złamać warunki umowy kapitulacyjnej, bo pod koniec wojny potrzeba im było coraz więcej niewolników do pracy. „Kuszono nas lepszym wyżywieniem i mieszkaniem. Próbowali nawet siłą, zdzierając nam z mundurów dystynkcje wojskowe. Ale byłyśmy harde i odpowiadałyśmy, że jesteśmy żołnierzami” – wspomina Aleksandra Diermajer-Sękowska, w powstaniu łączniczka. Udało się skłonić do pracy tylko kilkaset kobiet. Stworzono dwa obozy jenieckie: 1726 żołnierek trafiło do Stalagu VI C w Oberlangen, położonym niedaleko granicy z Holandią, z kolei dla 350 oficerów i 35 ordynansów przeznaczono Oflag IXC Molsdor w Turyngii. To był ewenement. Do tej pory nigdy nie organizowano tak wielkich ośrodków odosobnienia dla kobiet żołnierzy.

 

Błota i bagna

Kiedy Polki przybyły do obu obozów, okazało się jednak, że te nie przypominają miejsc w których internuje się żołnierzy chronionych konwencją. Obóz w Oberlangen położony by na mokradłach, porośniętych wyschniętym drzewami, bo poprzedni mieszkańcy obozu – Rosjanie – objedli korę i wygryźli trawę. Jeszcze w październiku 1944 roku inspektorzy Międzynarodowego Czerwonego Krzyża (MCK) wykreślili Oberlangen z rejestru obozów jenieckich ze względu na tragiczny stan baraków, brak ogrzewania i ciepłej wody Niemcy nie uznali tej decyzji.

Molsdorf w Turyngii było równie podłym miejscem. „Obóz specjalny położony na pustkowiu w błotnistej kotlinie, jakby na dnie wyschniętego jeziora pokrytego gęstym, tłustym błotem. Składał się z siedmiu starych rozpadających się baraków, otoczonych gęstą siecią drutów kolczastych” – napisała we wspomnieniach kpt. Janina Kurowska (wtedy w randze podporucznika), która trafiła tam w listopadzie 1944 roku. „Długo musieli szukać, żeby znaleźć miejsce tak wstrętne, brudne i pełne robactwa. Jestem przekonana, że chcieli nas zniszczyć, tylko zabrakło im czasu” – mówi dzisiaj, kiedy rozmawiamy na ganku jej domu w Piastowie pod Warszawą. Spośród praw jenieckich przysługujących Polkom respektowano kilka. Rzeczywiście nie były zmuszane do pracy, z wyjątkiem prac gospodarczych w obozie. Do stycznia 1945 roku, póki jeszcze front nie przekroczył linii Wisły, mogły wysyłać listy do rodziny. Miały swoje przedstawicielki. Polską komendantką oflagu w Molsdorf była mjr „Kazik” (mjr Wanda Gertz), pięciokrotnie odznaczona Krzyżem Walecznych, a w Oberlangen komendantką została porucznik Maria Mileska „Jaga” (do obozu dla kobiet szeregowców i podoficerów przeniknęło kilkanaście pań ze stopniami oficerskimi, aby opiekować się młodszymi koleżankami). Do obu obozów przychodziły też czasem paczki Czerwonego Krzyża. Poza tym jako jeńcy panie miały prawo się uczyć. W Oberlangen odbywały się lekcje historii, fizyki, matematyki, literatury, sztuki, a nawet astronomii! Urządzano tam także wieczory poezji i przedstawienia teatralne. Wspomniany zespół baletowy tak się „wyćwiczył” w stalagu, że po wyzwoleniu zaproszono go na występy do Londynu.