Na rzece powstawała tama za tamą. Dziś jest 14 zapór na głównym nurcie Kolorado oraz 30 na dopływach. W 1950 roku Meksykanie wy-budowali tamę Morelos, by zużyć swój przydział wody. Najgorszy jednak dla rzeki był rok 1963. Wtedy to Amerykanie zakończyli konstrukcję zapory w Kanionie Glen i wypełnili wodą olbrzymie jezioro Powell. Od tego czasu wody do tamy Morelos dociera akurat tyle, ile zużywają domostwa Mexicali i okoliczne pola uprawne. Dawnym korytem w kierunku Zatoki Kalifornijskiej nie wypływa już niemal nic. Wyjątkiem były dwa deszczowe okresy w latach 80. i 90. spowodowane aktywnością El Niño. Jednak pierwsza dekada XXI wieku to już czasy suchej delty Kolorado. Ludzie odcięli rzekę od morza.

Armatki śnieżne zabijają potoki

Wśród polskich rzek największe kłopoty z utrzymaniem poziomu wody ma Białka w Tatrach oraz inne górskie potoki. Jedną z przyczyn jest czerpanie olbrzymich ilości wody do naśnieżania stoków narciarskich. „Wystarczy uruchomić 10 armatek zużywających 15 litrów wody na sekundę i potok znika” – mówi dr Roman Żurek z Instytutu Ochrony Przyrody PAN. Rzeki górskie cierpią też wskutek pobierania z nich przez ludzi żwiru i granitu, co obniża poziom wody. „To dotyczy nie tylko górskich potoków – piasek rzeczny jest czerpany bez opamiętania w wielu miejscach kraju, a rzeka, którą się piasku pozbawi, musi jakoś wyładować swoją energię i eroduje w głąb. To powoduje obniżenie wód gruntowych i w efekcie np. w Puszczy Niepołomickiej dęby nie sięgają już korzeniami wody. Jest to zupełnie inna gospodarka niż np. racjonalne rozwiązania niemieckie, gdzie na dno Renu sypie się rocznie 6 tys. ton żwiru” – mówi dr Żurek. „Z przyrodniczego punktu widzenia prawdziwych rzek w Polsce mamy już bardzo mało. Bo te uregulowane to już nie rzeki, ale kanały i stawy przepływowe. Z 75 tys. km polskich rzek uregulowano już 60 tys. W Polsce budujemy też za dużo sztucznych zbiorników. Teoretycznie mają chronić nas przed powodzią, ale dużo lepszym rozwiązaniem jest wyznaczenie miejsc, gdzie rzeka może spokojnie wylać – czyli tworzenie polderów. Z wielkich sztucznych zbiorników woda łatwo paruje, a na zaporach zatrzymuje się niesiony nurtem piasek. To nie jest dobre rozwiązanie i jeżeli od niego nie odejdziemy, będziemy mieć w przyszłości duże kłopoty z wodą” – ostrzega dr Żurek.

Forsa zamiast trawy

Dziś kłopoty Rio Colorado widoczne są nie tylko w jej delcie. Do rabunkowej gospodarki wodą dokłada się globalne ocieplenie, które środkowy Zachód USA dotkliwie odczuwa. Na skalistym brzegu jezior Mead i Powell widoczne są jasne pasy, pozostałość po dawnym poziomie wody. Te „wannowe otoczki” mają po kilkadziesiąt metrów wysokości.

Sytuacja jest bardzo zła, a władze nie mogą dłużej ignorować fatalnego stanu rzeki. W roku 2012 USA i Meksyk podpisały porozumienie, które miało przywrócić życie w delcie Kolorado. Jego efekt był taki, że w roku 2014 Meksykanie na osiem tygodni uchylili nieco wrota tamy Morelos. Przez dawne koryto rzeki popłynęło trochę wody: mniej więcej jeden procent niegdysiejszego rocznego przepływu w tym rejonie. Usadowieni na zaporze na rozkładanych krzesełkach przedstawiciele władz obu krajów patrzyli na to z dumą, a dziennikarze wysłali w świat informację: Rio Colorado znów dotrze do oceanu! Rzeczywiście, po 53 dniach od otwarcia tamy strumyk wypuszczonej wody dopłynął do Zatoki Kalifornijskiej.

Zdania ekologów na temat tego wydarzenia są podzielone. Nastawieni radykalnie przedstawiciele organizacji Rise the River twierdzą, że oddawanie przyrodzie jednego procenta zabranej wody to gest żałosny. Inni, że dobre i to. Połączenie z morzem nie trwało długo, ale wystarczyło, aby nieco życia powróciło na wyjałowioną ziemię, z dużą pomocą ludzi sadzących rośliny, np. wierzby. Na mocy porozumienia każdego roku trochę wody ma prze-pływać przez tamę (choć będą to już mniejsze ilości niż w r. 2014), aby podtrzymać wegetację. W tym celu Meksyk, USA oraz organizacje po-zarządowe skupują prawa do wody od rolników z doliny Mexicali. Ten wysiłek nie przywróci w delcie dawnej „niesamowitej dżungli”, ale może przegna straszliwą pustynię.

Czy można zrobić coś więcej? „Aby uratować tę rzekę, należy najpierw zupełnie zmienić podejście do niej” – mówi dr Przemysław Nawrocki z organizacji ekologicznej WWF. „Trze-ba nauczyć się patrzeć na nią jak na jeden wielki organizm. Organizm ciężko dziś okaleczony”.

Rzeka wyzdrowiałaby sama, gdyby ludzie zostawili ją w spokoju. Ale to nierealne. 90 proc. rolnictwa w regionie możliwe jest dzięki melioracji, a farmerzy zużywają 75 proc. wody z Kolorado.

Większość idzie na nawodnienie pastwisk dla bydła i koni – i tu wielu specjalistów, m.in. ekolog George Wuerthner, widzi okazję do dużych oszczędności. Wystarczy zrezygnować z hodowli na rzecz uprawy pszenicy lub bawełny. Zresztą jak wykazuje raport Pacific Institute, nawet pozostawiając pastwiska można po prostu nawadniać je bardziej racjonalnie i nie wysiewać najbardziej łasych na wodę roślin, np. lucerny.