Sięgnijmy do historii, gdyż tam najlepiej widać drogę, jaka prowadzi do statusu rakietowego mocarstwa. Rosjanie dość późno zwrócili uwagę na tę broń, ale od razu zrobili to bardzo skutecznie, dzięki… rządowi brytyjskiemu. Latem 1944 r., gdy wojska radzieckie zajęły niemiecki poligon rakietowy w Bliźnie, premier Winston Churchill wysłał list do Stalina z prośbą o umożliwienie brytyjskim naukowcom zwiedzenia tego miejsca, o którym wiedzieli wiele dzięki doniesieniom polskiego wywiadu.

Stalin odpowiedział uprzejmie Churchillowi: „Doceniam wielkie zainteresowanie rządu brytyjskiego. Obiecuję przejąć osobistą opiekę nad tą sprawą, aby zrobić wszystko, co tylko możliwe”. Jak napisał, tak zrobił, o czym brytyjscy wysłannicy przekonali się niestety zbyt późno. Naukowcy przylecieli do Polski, zebrali zbiorniki na paliwo, dysze rakiet V-2, elementy systemu naprowadzania i zapakowali je do wielkich skrzyń. Po czym wrócili do Londynu, aby czekać, aż nadejdzie przesyłka od Rosjan. Doszła. Ze starymi częściami samochodowymi. Wschodnia przewrotność okazała się równie wielka jak zachodnia naiwność. Tak w 1944 r. zaczął się radziecki marsz w stronę broni międzykontynentalnej i podboju kosmosu, przerwany kilka lat wcześniej z rozkazu Stalina. W okresie wielkiej czystki w latach trzydziestych uwięziono lub zamordowano większość naukowców pracujących nad rakietami. Na karę śmierci skazano szefa Instytutu Badań Naukowych nad Napędem Odrzutowym (RNII) Iwana Kleimienowa oraz jego zastępcę Georgija Langemaka (twórcę „katiusz”). Uwięziono też Siergieja Korolowa i Walentina Głuszko. 

W sytuacji, w której przedwojenne osiągnięcia zostały zmarnowane, motorem radzieckich osiągnięć stały się wojenne zdobycze. Lwia część przypadła Amerykanom, którzy przejęli głównych niemieckich specjalistów z Wernerem von Braunem na czele, czternaście ton dokumentacji oraz sto kompletnych rakiet V-2, które wywieźli sprzed nosa Armii Czerwonej z Nordhausen. Rosjanie też wiele zdobyli: dziesięć kompletnych rakiet V-2, wiele dokumentów ukrytych przez Niemców w Pradze i Wiedniu, a ponadto dziesiątki rakiet innych typów, systemów naprowadzania, zasobników z paliwem, silników itp. Co ważniejsze, schwytali około tysiąca dwustu specjalistów, wśród których najcenniejszy był Helmut Gröttrup, ekspert od systemów naprowadzania rakiet. Początkowo usiłowano wykorzystać tych ludzi, zatrudniając ich w radzieckiej strefie okupacyjnej Niemiec. Jednakże zbyt wielu uciekało do amerykańskiej strefy, więc w październiku 1946 r. zapadła decyzja o przewiezieniu niemieckich specjalistów do ZSRR.

Na poligonie w Kapustin Jarze, położonym między Stalingradem i Astrachaniem, trwały już próby zdobycznych rakiet V-2, które nadzorował Siergiej Korolow. Jedenaście rakiet wystrzelono od października do listopada 1947 roku – tylko pięć trafiło w cel. Rok później startowały już rakiety zmodyfikowane przez radzieckich i niemieckich specjalistów. Korolow, zbierając doświadczenia z prób w Kapustin Jarze, opracował własną rakietę, którą nazwał R-2.

To wszystko działo się w mocarstwie dysponującym nieograniczonymi zasobami gospodarczymi, zagarniającym ludzi i fabryki z Polski, Czechosłowacji i ze swojej strefy okupacyjnej Niemiec. W dodatku, dysponującym gigantyczną siatką szpiegów w Wielkiej Brytanii i USA, którzy penetrowali wszystkie tajemnice przemysłu lotniczego i rakietowego tych mocarstw. Dopiero dwanaście lat po zakończeniu wojny mocarstwo mogło przeprowadzić pierwszą udaną próbę rakiety międzykontynentalnej R-7, która przeleciała sześć tysięcy kilometrów i wpadła do Oceanu Spokojnego. Tyle że nie nadawała się do bojowego wykorzystania, gdyż makieta głowicy bojowej, wchodząc w atmosferę, spłonęła na wysokości piętnastu kilometrów. Ale tak narodził się program podboju kosmosu, gdyż Sputnik I wyniesiony w przestrzeń okołoziemską nie musiał, jak głowica nuklearna, wracać do atmosfery.

Od pierwszych udanych prób z rakietą balistyczną minęło około dwudziestu lat, zanim Związek Radziecki zdołał zbudować siły strategiczne. Podobną drogę przeszło inne światowe mocarstwo. W Stanach Zjednoczonych dopiero w końcu października 1959 r. ustawiono na platformie startowej bojową rakietę Atlas D.

Czym więc jest północnokoreańska próba? Strasznym (i nieudanym) fajerwerkiem propagandowym. Strasznym dlatego, że za pieniądze, które pochłonął, można byłoby przez rok żywić głodujący naród.