Trzynaście metrów długości i ponad tysiąc kilogramów żywej wagi – tak wyglądał największy wąż świata, który żył jakieś 60 mln lat temu w tropikalnej puszczy na terenie obecnej Kolumbii. Ten krewniak boa dusiciela, nazwany przez odkrywców Titanoboa cerrejonensis, wzbudził sensację w naukowym świecie, ale nie tylko z powodu swych imponujących rozmiarów. Paleontologów zafascynowało to, że takie zwierzę w żadnym razie nie mogłoby żyć dzisiaj. Nie, nie z braku ofiar. Ani z powodu wycinania lasów, zanieczyszczenia środowiska czy jakiejkolwiek innej metody, którą człowiek stosuje do dziesiątkowania współczesnych gatunków. Wielkiemu gadowi najzwyczajniej w świecie byłoby za zimno!

ZIMNO – ŹLE, GORĄCO – TEŻ NIEDOBRZE


Węże, jak na typowe gady przystało, są zmiennocieplne – utrzymują mniej więcej taką temperaturę ciała, jaka aktualnie panuje w otaczającym je środowisku. To przede wszystkim z niego czerpią ciepło i w związku z tym regulują swe tempo przemiany materii. Muszą dbać jednak, by nie wychłodzić się nadmiernie, bo wtedy czeka je śmierć. Duże gady dla utrzymania tego niezbędnego do życia minimum potrzebują wyższych temperatur środowiska. To dlatego największe współczesne węże świata – anakondy czy pytony siatkowe – zamieszkują rejony tropikalne. Ale i tam byłoby zbyt chłodno dla Titanoboa cerrejonensis. Uczeni oszacowali, że gigant potrzebował środowiska o przeciętnej temperaturze rzędu 30–34 stopni Celsjusza. Takich warunków długo jeszcze na Ziemi nie będzie – nawet jeśli spełnią się najczarniejsze scenariusze związane z globalnym ociepleniem.

To zjawisko może jednak zagrozić dzisiejszym gigantom, takim jak słonie. Są ssakami, a więc ich organizmy utrzymują stałą temperaturę ciała. Stałocieplność gwarantują im procesy biochemiczne zachodzące w komórkach. Jednak im większy organizm, tym więcej ciepła wytwarza i tym większy ma problem z pozbyciem się go. Wynika to z prostej geometrii – objętość ciała rośnie szybciej niż jego powierzchnia, a nadmiar energii usuwany jest przecież przez skórę. Olbrzym taki jak słoń ma więc odwrotny problem niż wąż – cały czas musi unikać fatalnego w skutkach przegrzania.

WIELKI NAM NIE PODSKOCZY


Słoń jest zresztą doskonałym przykładem na to, jak kosztowna może być wielkość. By się najeść, codziennie pochłania 200 kg roślin. „Większość czasu musi spędzać na zdobywaniu i rozdrabnianiu pożywienia” – pisze Steven M. Stanley w książce „Historia Ziemi”. „Potrzeba stałego żucia wymaga z kolei odpowiednio dużych zębów i szczęk. Dlatego głowa słonia jest odpowiednio wielka. Jej rozmiary z kolei ograniczają długość szyi, która nie może być zbyt długa, aby mogła utrzymać głowę”. Słoń jest tak ciężki, że musi uważać, by nie połamać kości w czasie biegu. Nigdy nie galopuje ani nie skacze przez przeszkody. Owszem, osiąga przyzwoitą prędkość 35 km/godz., ale udaje mu się to dzięki mechanicznym trikom. Przy dużej szybkości kłusuje na sztywno wyprostowanych nogach, co dla nas, przyzwyczajonych do widoku zginających się kolan w biegu, wygląda co najmniej dziwacznie. Nic dziwnego, że gigantem łatwiej być w środowisku wodnym niż lądowym. Jak wiemy dzięki Archimedesowi, ciało zanurzone w płynie traci na ciężarze tyle, ile waży wyparty przezeń płyn. Gdy podbój stałego gruntu ledwo się zaczynał, w wodzie już panoszyły się takie olbrzymy jak 10-metrowa ryba pancerna Dunkleosteus terrelli o szczękach jak imadła.

Potem nie było chyba epoki bez wodnego giganta. Kilkanaście milionów lat temu królował w oceanach megarekin Carcharocles megalodon długości 12–16 metrów, ważący 20–60 ton. To samo środowisko jest domem współczesnego rekordzisty – płetwala błękitnego (30 metrów, 135 ton), przez niektórych uczonych uważanego za największe zwierzę, jakie kiedykolwiek żyło na Ziemi.

WYŚCIG NA ROZMIARY


Skoro jednak ewolucja produkuje gigantów, to znaczy, że opłaca się im ponosić koszty swej wielkości. A powodów po temu jest co najmniej kilka. Wielu zwolenników ma hipoteza o dużych rozmiarach jako formie ochrony przed drapieżnikami. Dużego po prostu trudniej zabić niż małego. To, co drapieżnik może w tej sytuacji zrobić, to ewoluować w kierunku zwiększenia swoich gabarytów – i tak zaczyna się swoisty wyścig zbrojeń. Jeśli nie liczyć ludzi, zwierzęta takie jak słonie czy płetwale nie mają – przynajmniej w wieku dojrzałym – praktycznie żadnych wrogów.

Konsekwencje owego trendu były jeszcze bardziej widoczne w przeszłości. Dowiedli tego chociażby polscy paleontolodzy, którzy w zeszłym roku ogłosili odkrycie na Śląsku pierwszej w naszym kraju skamieniałości drapieżnego dinozaura. Obok niej leżały kości roślinożernego gada ssakokształtnego (dicynodonta), największego spośród wszystkich dotychczas znalezionych na świecie. Miał blisko pięć metrów długości – tyle, co dzisiejszy nosorożec. Podobną wielkość osiągał dinozaur roboczo nazwany „smokiem”. „Co jednak łatwo wywnioskować z porównania rozmiarów drapieżnego dinozaura z Lipia i współwystępującego z nim dicynodonta, to przyczyny ewolucyjnego powiększania rozmiarów pod koniec ewolucji triasowych roślinożernych gadów ssakokształtnych. To była ewolucyjna ucieczka w rozmiary przed drapieżnictwem. Proces, który powtarzał się wielokrotnie w ewolucji kręgowców” – pisali odkrywcy prof. Jerzy Dzik, mgr Grzegorz Niedźwiedzki i dr Tomasz Sulej na łamach magazynu „Ewolucja”.

TRAWIENIE MA ZNACZENIE