O godz. 9.10 z celi nr 16 (znajdującej się w jednym z mniej­szych pawilonów zakładu karnego) wyszli więźniowie, aby skorzystać z przysługującej im tego dnia kąpieli w łaźni. Niepokojącym znakiem, na który jednak strażnicy nie zwrócili uwagi, były zasznurowane wbrew regulaminowi buty skazańców Grupa spokojnie minęła spacerniak, ale na podwórzu błyskawicznie się rozdzieliła. Kilku więź­niów rzuciło się na dwóch prowadzących ich strażników, przewróciło ich na ziemię i zmasakrowało. Jeden ze strażników nie przeżył.

Pozostali buntownicy wdarli się do kancelarii, zdemolowali ją, zniszczyli aparat telefoniczny i zerwali przewody, odcinając Święty Krzyż od świata zewnętrznego. Zdobyli także broń: prawie 30 karabinów, 2 pistolety i kilkaset nabojów. Wiedzieli, że broń w kancelarii - przygotowana do rusznikarza - znajduje się tym­czasowo bez zabezpieczenia. Sprawnych okazało się co prawda tylko osiem karabinów, lecz i takie uzbrojenie pozwoliło im ude­rzyć na północno-zachodnią wieżę i łatwo ją zdobyć. Przerażony strażnik po prostu wyskoczył i uciekł, ratując życie. Buntownicy zamierzali wdrapać się po drabinie na mur i przez Puszczę Jodłową przedostać się na wolność.

Na szczycie doszli jednak do wniosku, że skok z wysokości kilku metrów grozi co najmniej połamaniem nóg, dlatego postanowili wybić otwór w murze, co po kilku godzinach się udało.

Cóż z tego, skoro na ze­wnątrz napotkali silny ogień strażaków z gminnej Nowej Słu­pi, uzbrojonych w broń z kolekcji myśliwskiej naczelnika Butwiłowicza. Przerażony naczelnik wy­słał jednego z funkcjonariuszy na dół do tamtejszego wójta. Wójt natychmiast zawiadomił telefo­niczne kieleckie władze o zaj­ściach, rozesłał też posłańców do okolicznych posterunków i zorganizował pomoc dla wła­dzy więziennej.

Tymczasem zrewoltowani próbowali zachęcić do buntu więźniów w głównym budyn­ku. Część osadzonych chętnie włączyłaby się do akcji, lecz nie

udało się dostarczyć im broni, gdyż obrona tego gmachu została wzmocniona przez Butwiłowicza dodatkowymi strażnikami. Przekazano więc część broni więźniowi pra­cującemu w kuchni z nadzieją, że zachęci kolegów do działania. Nie udało się - został rozbrojony przez współwięź­niów. W tak dużym zbiorowisku skazanych krzyżowały się bowiem różne interesy. Na Świętym Krzyżu znajdowali się także więźniowie z najbliższych okolic odbywający krótkoterminowe kary, którzy nie byli zain­teresowani nowymi wyrokami w razie niepowodzenia akcji.

Przez cały czas trwała wymiana ognia ze strażnika­mi, którzy zdążyli ochłonąć z pierwszego szoku. Skoncen­trowali się na obronie głównej bramy, dokąd buntownicy pró­bowali się przedrzeć, i oczeki­wali przybycia wsparcia z Kielc i z policyjnych posterunków w sąsiednich miasteczkach.