ŚWIĘTO GWARANCJĄ POWODZENIA

Organizatorzy buntu dosko­nale wybrali jego termin. Tego dnia młoda Policja Państwowa uroczyście obchodziła swoje święto, więźniowie wiedzieli więc, że mundurowi będą świę­tować w Kielcach. Informacja o buncie dotarła tam ok. 11.30, dwie i pół godziny od jego wybu­chu. Wojewoda Ignacy Manteuffel natychmiast zarządził przerwanie uroczystości i „mimo pory obiadowej rezygnując ze spożycia strawy” wraz z komendantem wojewódzkim policji inspektorem Jarosławem Barwiczem i komendantem powiatowym nadkomisarzem Józefem Kamalą ruszył na czele odsieczy. W siedmiu zarekwirowanych ze świątecznych obchodów samochodach jechało 30 policjantów. Poko­nanie 36 kilometrów zajęło im jednak prawie półtorej godziny. Droga była w tak katastrofalnym stanie, że w niektórych miejscach policjanci własnoręcznie przenosili samochody. Zdążyli mimo to dotrzeć na miejsce w krytycznym momencie - nie dopuścili do ucieczki buntowników.

Dowodzący akcją komendant Barwicz nie nakazał jednak natychmiastowego szturmu, uważając, że siły, jakimi dysponuje, są niewystarczające do zwycięstwa - czekał na przybycie policjantów z posterunków w Opatowie, Iłży i Busku oraz wojska z garnizonu kieleckiego. Na mocy dekretu Naczelnika Państwa z 2 stycznia 1919 r. i stosow­nego rozporządzenia Rady Ministrów dowódcy garnizonów byli wówczas zobowiązani do „udzielenia pomocy władzom cywilnym w celu stłumienia zbiorowych aktów gwałtu publicznego i zbrojnych wystąpień przeciwko pań­stwu”. Tymczasem nadchodził zmierzch, a wojsko nie nadciągało. Później okazało się, że wędrujące pieszo z Kielc dwie kompanie 4. Pułku Legionów zgubiły się w Puszczy Jodłowej i przybyły już po zwycięskim ataku na więzienie.

Głównodowodzący Barwicz dał sy­gnał do szturmu, gdy dysponował ponad setką ludzi. Policjanci wdarli się po drabinach na mur, zajęli bezpieczne pozy­cje strzeleckie i bezpośrednim ogniem zniszczyli wieżę strażniczą, z której biegiem wycofywali się do łaźni zrewolto­wani więźniowie. Barwicz wykorzystał ten moment - z policyjnymi posiłkami wdarł się na dziedziniec przez główną bramę i zaatakował łaźnię. Wymiana ognia trwała do ostatniego naboju obrońców. Ciała zabitych złożo­no na podwórzu, aby więźniowie wiedzieli, co czeka buntowników. Pochowano ich później na pobliskiej polanie Bielnik.

NA ZAKRĘCIE ŚLICZNEJ DROGI

Osadzeni na Świętym Krzyżu pracowali na terenie więzienia w warszta­tach: ślusarskim, szewskim, krawieckim, bednarskim, kowalskim, blacharskim i koszykarskim. Wyrąb drewna w otaczającym lesie dostarczał opału dla zakładu oraz surowca do warsztatu stolarskiego. Podobno do dziś okoliczni rol­nicy wykorzystują wyroby więziennych warsztatów, co świadczy o ich jakości. Więzienie prowadziło też 12-morgowe gospodarstwo rolne i ogród warzywny.

Najwięcej skazanych było zatrudnionych w czasie zainicjowanej przez naczelnika Butwiłowicza budowy drogi asfaltowej do więzienia. Paweł Ja­sienica odnotował wrażenia turysty udającego się do klasztoru. „Na zakręcie ślicznej drogi zaskoczył nas widok jakby żywcem wyjęty z amerykańskiego filmu. Kilkudziesięciu nagich do pasa mężczyzn było zatrudnionych przy naprawie nawierzchni. Jednakie na nich aresztanckie mycki, jednakie kaj­dany nożne sczepione długim łańcuchem przytwierdzonym do pasa. Wokół zielone mundury, straż i psy". Od 1931 r. za pracę więźniowie otrzymywali wynagrodzenie, tak jednak marne, że „najbogatszy" zgromadził zaledwie 268,25 zł (tyle kosztował wówczas pług rolniczy. 76 groszy - pudełko zapałek).

Więzienie na Świętym Krzyżu, choć przeznaczone dla najbardziej niebezpiecznych więźniów, nie odbiegało zbytnio od podobnych placówek, zwłaszcza w 1925 r., gdyż rok wcześniej znacznie złagodzono warunki odby­wania kary. Czym może być rzeczywiście ciężkie więzienie, pokazały dopiero władze niemieckie, które od jesieni 1941 r. do połowy 1942 r. wyniszczyły tu głodem i chorobami 6 tysięcy jeńców radzieckich. O ich sytuacji świadczą napisy na korytarzach, ostrzegające że ludożerstwo będzie karane rozstrze­laniem. Byli grzebani na tej samej polanie Bielnik, gdzie wcześniej pocho­wano uczestników najtragiczniejszego buntu więźniów II RP.

Czasopismo „Światowid”, opisując ten najtragiczniejszy w sa­nacyjnej Rzeczypospolitej bunt więźniów, unosiło się nad odwagą „przybyłej z Kielc policji, która bez względu na grożące jej niebezpie­czeństwo ze strony zdecydowanych na wszystko więźniów zdołała przyjść z pomocą straży więziennej (...) i zdusić bunt grożący w razie rozszerzenia nieobliczalną katastrofą”. Odważni policjanci nie ponie­śli jednak wielkich strat, zaledwie dwóch zostało rannych, a dwóch zginęło - jeden na miejscu, a drugi w szpitalu w wyniku szoku.

Po śmierci herszta buntowników Jana Kowalskiego przywódz­two przejął Piotr Dudek, który niebawem został śmiertelnie ranny. Zastąpił go Władysław Poczta. Wraz z dziesięcioma pozostałymi przy życiu uczestnikami rebelii już 3 listopada stanął przed Sądem Okręgowym w Kielcach. Sądzeni w trybie doraźnym dwaj z nich zostali uniewinnieni, ośmiu otrzymało wyroki dożywotniego wię­zienia (trafili potem do Wronek i Rawicza), a Poczta został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Ułaskawił go prezydent Stanisław Wojciechowski.

KRZYŻ WALECZNYCH DLA PRZESTĘPCY

Z siedemnastu buntowników większość odsiadywała dożywo­cie za zabójstwa i napady z bronią w ręku. Tylko jeden z nich prze­kroczył trzydziestkę. Jedynie dwóch miało żony i dzieci. Wcześniej prawie wszyscy zaliczyli służbę wojskową, niektórzy brali udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a nawet w I wojnie światowej. Jeden był odznaczony Krzyżem Walecznych, drugi przedstawiony do ta­kiego odznaczenia. Jan Kowalski, przywódca buntu, skończył służbę w kawalerii Woj ska Polskiego w stopniu sierżanta. Na Święty Krzyż trafił za karę, ponieważ odsiadując wyrok dożywocia, wszczynał protesty w innych zakładach. W świecie przestępczym był sławny z walki, jaką stoczył samotnie na Wileńszczyźnie z obławą policyjną. Udało mu się z niej wydostać, przepływając Niemen pod gradem kul.

Dlaczego ten odważny mężczyzna został przestępcą? Okazu­je się, że Jan Kowalski i jego towarzysze boleśnie odczuli skutki demobilizacji ogłoszonej jesienią 1921 r. Tysiące żołnierzy zostało wówczas wyrzuconych na bruk bez środków do życia. Z dnia na dzień „znaleźli się bez pracy, zaopatrzenia i opieki” - wyjaśnia­ły raporty policyjne powody nagłego wzrostu przestępczości. Ta najważniejsza przyczyna „potęgowana była przez bezduszność, niesumienność i tępotę pracowników urzędów pośrednictwa pracy oraz instytucji opieki społecznej”, w dodatku szczątkowych i dys­ponujących mizernymi funduszami.

Sergiusz Piasecki w książce „Żywot człowieka rozbrojonego”, wykorzystując własne doświadczenia, przedstawił sytuację eks-żołnierzy w latach 1921-1922 w wyniszczonym wojnami kraju. Zdemobilizowany narrator (alter ego autora), którego rodzina po­została za wschodnią granicą, nie dostał pracy w instytucji zatrud­niającej go przed wojną. Biuro pośrednictwa pracy nie miało dla niego żadnych propozycji, nie pomógł mu także dawny dowódca z wojska, który miał być ostatnią deską ratunku. Ze skrajnej nę­dzy, gdy od głodu ratował się kradzieżami, wyrwała go propozycja pozowania do zdjęć pornograficznych (oczywiście nielegalnych). To była prosta droga ku przestępstwu - potem przyszły ustawiane zakłady hazardowe, sprzedaż fałszywych czeków, inne oszustwa... I nieuchronna konsekwencja - aresztowanie i wyrok.

Kowalski i jego kompani dochodzili do środowisk krymi­nalnych nieco innymi drogami, ale u źródeł ich wyborów leżała podobna desperacja i brak perspektyw na podjęcie normalnego, zgodnego z prawem życia. A stamtąd był już tylko krok do wię­zienia i tragicznej śmierci w walce z policją.


• DLA GŁODNYCH WIEDZY:

» Bartosz Grzegorz Kułan, Bunt w więzieniu na Świętym Krzyżu

» Zbigniew Nosal, Piekło na świętej górze

» Włodzimierz Matysiak, Historia więzienia na Świętym Krzyżu.