Kradli nie tylko bryczki, ale generalnie co się dało. W krótkim  czasie na terenie polskiego Pomorza oraz północnej Wielkopolski dokonali kilkunastu, a może i kilkudziesięciu włamań (nie wszystkie, o które byli podejrzani, im udowodniono), najczęściej do zagród rolników, lecz także do mieszkań w miastach oraz instytucji.

Na poczcie w Lipuszu skradli znaczki łącznej wartości  650 złotych. Tu należy dodać, że ówczesne złotówki miały znacznie większą wartość niż obecnie. Gdyby spróbować przeliczyć to na dzisiejsze pieniądze, należałoby tą sumę pomnożyć kilkanaście razy (przeciętny zarobek urzędnika wynosił około 200 złotych).

Innego głośnego napadu dokonali w Dziemianach. Tam wpadli z bronią w ręku do miejscowej oberży należącej do pana Eichmanna, któremu ukradli wszystkie pieniądze, jakie miał w lokalu. Jednocześnie cały czas rozwijali swą bandycką siatkę, pozyskując nowych współpracowników, którzy wyszukiwali dla nich cele napadów oraz pomagali upłynnić trefny towar.

Jednak pętla wokół nich już się zaciskała. Policja deptała obu bandytom po piętach. Ci pod koniec roku 1935 roku schronili się w Bydgoszczy w mieszkaniu jednego ze swych wspólników przy ulicy Melchiora Wierzbickiego. I tam właśnie doszło do jednej z najbardziej spektakularnych, choć niezbyt udanych dla policji, akcji okresu międzywojennego.

POJEDYNEK O ŚWICIE

Na kilka dni przed Sylwestrem policjanci otoczyli dom, w którym przebywali obaj bandyci. Zaczynało świtać, gdy przestępcy spostrzegli funkcjonariuszy. Natychmiast otworzyli do nich ogień, ostrzeliwując się zaciekle. Policjanci nie pozostali im dłużni. W samym centrum dużego miasta rozpoczęła się regularna bitwa ze stawiającymi fanatyczny opór bandytami (jako żywo przypominająca wydarzenia z podwarszawskiej Magdalenki niespełna  70 lat później).

Byli tak zdeterminowani, a przy tym twardzi, że w pewnym momencie obaj wyskoczyli z okna budynku w samej bieliźnie i na bosaka, za to z pistoletami w rękach. Wciąż strzelając, rzucili się do ucieczki. Policjanci zaczęli ich ścigać, w końcu na jednej z ulic zdołali dopaść Kotłowskiego. Jednak jego wspólnik wciąż uciekał, a część funkcjonariuszy cały czas podążała za nim. A był to pościg niezwykły; półnagi, bosy mężczyzna mimo mrozu i śniegu zdołał przebiec przez całe miasto, choć policjanci wciąż deptali mu po piętach.

W końcu, już za Bydgoszczą, Frankiewicz wbiegł na zamarznięte jeziorko, dostając się po lodzie na drugi brzeg. Policjanci przerwali pościg, obawiając się, że lód może się pod nimi załamać. Po chwili ścigany bandyta zniknął, kryjąc się w ciemnościach.