Kiedy na giełdzie pojawiły się pierwsze oznaki niepokoju, sprzedała akcje swojej firmy za siedem milionów dolarów. Po roku, gdy wybuchł Wielki Kryzys, odkupiła je za jeden milion. Gdy większość przedsiębiorców wpadała w panikę lub depresję, zarobiła na czysto sześć milionów. Nie była spekulantką, lecz jedną z pierwszych kobiet w wielkim biznesie. Helena Rubinstein perfekcyjnie wykorzystała szanse, jakie stwarza kryzys dla ludzi, którzy potrafią je dostrzec. Siła nabywcza sześciu milionów ówczesnych dolarów odpowiada co najmniej 60 mln dzisiejszych. Taka suma wystarczała na zbudowanie fundamentów pod imperium kosmetyczne. Jego twórczyni trafnie wyczuła, że w trudnych czasach, gdy ludzie muszą decydować się na wiele wyrzeczeń, dadzą się skusić na drobiazgi, które choć trochę poprawią im samopoczucie. Dla przygnębionych ponurą codziennością kobiet tą odrobiną luksusu były pięknie pachnące i umiejętnie reklamowane kremy. Sprzedaż szła znakomicie, wszyscy wokół zamykali firmy, a Rubinstein otwierała salony piękności w Paryżu, Londynie, Toronto, Wiedniu, Mediolanie.
 

 

KOBIECA INTUICJA


Kryzysy przypominają, że w biznesie nic nie jest dane raz na zawsze. Gdyby nie one, potentaci, którzy zdobyli mocną pozycję na rynku, nigdy by z niej nie ustąpili, uznając, że przywileje, jakie daje bogactwo i władza, im się po prostu dożywotnio należą. Ekonomiczny kataklizm wywraca hierarchię najbogatszych, łamie utarte schematy i stereotypy. Ot choćby takie, że wielkie interesy są zarezerwowane dla mężczyzn.

Rubinstein nie była jedyną przedsiębiorczą kobietą, która podważyła ten odwieczny przesąd. W tym samym czasie rozpoczęła biznesową karierę Estée Lauder. Na starcie nie miała nic, pierwsze kosmetyki produkowała w domowej kuchni. Sprzedawała je, chodząc od drogerii do drogerii, od drzwi do drzwi. Podawała się za przedstawicielkę dużej firmy. Gdy ktoś dawał się nabrać i składał zamówienia telefonicznie, zmieniała głos i, udając sekretarkę, „łączyła” z szefami różnych działów lub z prezesem, w którego wcielał się jej mąż.

Kryzys zmiatał tysiące drobnych przedsiębiorców, Lauder nie tylko przetrwała, ale rozwinęła skrzydła. Wpadła na genialny w swej prostocie pomysł i przekonała sprzedawców, by obdarowywali klientów darmowymi próbkami jej kosmetyków. W czasach, gdy każdy starał się wycisnąć z każdego ostatniego centa, była to wyjątkowo miła niespodzianka. Potem dodała do niej reklamowe hasło „Nie ma kobiet brzydkich, są tylko niezadbane” i wystarczyło kilka lat, by marka Estée Lauder stała się powszechnie znana, a jej twórczyni – multimilionerką.

W Europie okrzyk „Niech żyje kryzys” mogła z pewnością wznieść Coco Chanel. Co prawda swoją legendarną „małą czarną”, czyli prostą, wygodną sukienkę w kolorze zarezerwowanym dotychczas dla kobiet w zaawansowanym wieku lub żałobie zaprezentowała już w roku 1926, ale przyjęto ją wówczas z mieszanymi uczuciami.

„Pani Chanel wymyśliła strój luksusowy, tyle że jest to luksus dla biedaków. Bez biustu, bez talii, bez kształtów” – ironizowali krytycy mody na łamach magazynu „L’Illustration”. Trzy lata później już nikt nie kpił z kreacji, która była bez porównania tańsza od długich sukien, pasowała na każdą okazję i co najważniejsze – można było pokazać się w niej wielokrotnie.