Naukowiec poświęca cały czas i energię na poszukiwanie prawdy o świecie. Do szczęścia nie potrzebuje pieniędzy, sławy ani nawet skarpetek do pary. Tak nam się przynajmniej wydawało. Na tym romantycznym, kryształowym wizerunku zaczęły się bowiem ostatnio pojawiać rysy.

RYZYK-FIZYK


Nauka od zawsze opiera się na cnotach takich jak rzetelność i szczerość, co pozwala jej na harmonijny rozwój, w którym istotną rolę gra korzystanie z dorobku obdarzanych zaufaniem poprzedników. Badacze przypominają akrobatów, którzy budują piramidę, wspinając się po barkach kolegów, dających im solidne oparcie. W systemie tym wszelkie doświadczenia są powtarzane przez różne osoby, a teorie nieustannie sprawdzane. Wszystko musi do siebie pasować jak w puzzlach: jeśli któryś element zostanie wstawiony źle, prędzej czy później na pewno się to wyda. Dlatego w nauce szczególnie prawdziwe jest powiedzenie „Kłamstwo ma krótkie nogi”. Czas, zanim naukowa hochsztaplerka wyjdzie na jaw, często wystarcza na 15 minut sławy, ale z pewnością nie na Nagrodę Nobla i miejsce w encyklopedii.

Drobni oszuści mogą liczyć na to, że wyniki ich pracy nie zainteresują nikogo, ale doprawdy próżno domyślać się, co na złą drogę sprowadziło bohatera jednego z największych skandali ostatnich lat, Jana Hendrika Schöna, który miał wszelkie zadatki na błyskotliwego badacza... W chwili zdemaskowania miał zaledwie 31 lat i był wschodzącą gwiazdą Bell Labs, prestiżowego amerykańskiego instytutu badawczego, który wydał już 11 noblistów. Przełożeni i koledzy Schöna nie mogli wyjść z podziwu, że wszystko, czego dotknął, zamieniał w złoto – podczas gdy oni mozolną pracą przesuwali się powolutku naprzód, każdy projekt Jana Hendrika wieńczył spektakularny sukces. „To było niesamowite! Eksperymenty Schöna, a było ich ponad 20, każdy niezwykle trudny do wykonania, wszystkie się udały!” – wspomina prof. Jeremy Baumberg.

W 2001 roku młody fizyk opublikował serię rewelacyjnych i rewolucyjnych prac z elektroniki i nadprzewodnictwa w najlepszych czasopismach naukowych: „Nature” i „Science”. Wydawało się, że otwierają się zupełnie nowe perspektywy, które pozwolą – w niedalekiej przyszłości – na zbudowanie komputerów molekularnych. Entuzjazm ten opadł nagle, gdy para dociekliwych naukowców zauważyła, że dane na wykresach w dwóch różnych pracach Schöna są niemal identyczne. A przecież dotyczyły zupełnie innych eksperymentów! Prof. Lydia Sohn w wywiadzie dla BBC wspomina: „Przyszłam wieczorem do domu i zastałam przedziwną wiadomość na mojej sekretarce telefonicznej: Mała zagadka dla Ciebie, Lydio – porównaj ze sobą dwie prace Schöna, jedną z „Nature” i jedną z „Science”. Z tonu głosu rozmówcy wywnioskowałam, że może się w tym kryć jakiś smakowity kąsek”. Oczywiście mogła to być głupia pomyłka, gdyby nie to, że drobiazgowo analizując resztę prac Schöna, fizycy znaleźli kolejne niemożliwe powtórzenia.

Przyciśnięty do muru młody geniusz nie miał żadnych dowodów na to, że faktycznie dokonał swoich odkryć, przyznał się jednak tylko do „błędów”, a nie do bezczelnego oszustwa. Dochodzenie wykazało, że w sumie sfałszował co najmniej 16 prac. Niepokojący był też fakt, że owe prace miały aż 20 współautorów, których wprawdzie uniewinniono, ale zniesmaczone ich łatwowiernością Amerykańskie Towarzystwo Fizyczne wprowadziło nowe zasady, według których wszyscy podpisani pod pracą naukowcy ponoszą dziś pełną odpowiedzialność za jej treść. Kilka lat później równie potężna afera wstrząsnęła inną dziedziną nauki – genetyką.

BOHATER NARODOWY


Woo-Suk Hwang, południowokoreański weterynarz parający się klonowaniem, był autorem przełomowych badań w genetyce. W 2004 roku ogłosił na łamach „Science”, że udało mu się sklonować 30 ludzkich zarodków i uzyskać z nich zarodkowe komórki macierzyste. W 2005 r. doniósł, że z materiału genetycznego pobranego od 11 dorosłych chorych wyprowadził 11 linii komórkowych, idealnie dopasowanych do konkretnych pacjentów. Prace te zwiastowały przełom w terapii i obudziły ogromne nadzieje, ponieważ opisane w nich procedury pozwalałyby skutecznie walczyć z nieuleczalnymi chorobami dzięki wyeliminowaniu ryzyka odrzucenia przeszczepów przez układ immunologiczny.

Szum wokół osoby Hwanga zaczął się od oskarżenia o nieetyczne praktyki – kupowanie komórek jajowych od kobiet, m.in. od pracownic własnego laboratorium. Wielkie nadzieje związane z jego badaniami oraz pozycja bohatera narodowego Korei spowodowały, że mimo tych zarzutów Hwang uzyskał ogromne wsparcie w swoim kraju. Setki kobiet chciały (i wciąż chcą) oddać mu swoje komórki jajowe do badań, popierał go rząd, poczta uhonorowała go znaczkiem pocztowym przedstawiającym człowieka wstającego z wózka inwalidzkiego. Mimo to pracownicy seulskiego uniwersytetu wnikliwie zbadali dorobek Hwanga i doszli do wniosku, że jego rewelacyjne wyniki są mistyfikacją. Opisane w pracach komórki macierzyste były sfabrykowane, a dane – zmyślone. Hwang bronił się, zwalając winę na współpracowników, którzy mieli złośliwie podmienić mu próbki. Ostatecznie jednak stracił pracę i został oskarżony o defraudację olbrzymich pieniędzy z dotacji. Na konferencji prasowej przyznał: „Świat zachwycił się moimi wynikami, kiedy je po raz pierwszy ogłosiłem. Czułem się dumny. Pokazałem, że my, Koreańczycy, możemy dokonywać nie mniejszych rzeczy niż inne narody”. Dziś Hwang ma nowe laboratorium pod Seulem, gdzie znów zajmuje się badaniami nad klonowaniem zwierząt, w czym jest zresztą naprawdę dobry – bez żadnych machlojek udało mu się jako pierwszemu na świecie sklonować psa.

WYSPY OSZUSTÓW