MONARCHOMACHOWIE

Własną wersję doktryny tyranobójstwa opracowali też teologowie i prawnicy protestanccy. Jej orędownikiem był m.in. Theodore Beza, następca Kalwina na urzędzie pastora Genewy. Protestanci zaczęli od odrzucenia scholastycznej teorii boskości władzy. Uznali, że prawdziwym suwerenem jest lud, który na mocy umowy społecznej jedynie deleguje królowi prawo rządzenia państwem. Monarcha ma obowiązek dbać o pomyślność wszystkich warstw społecznych – jeśli tego nie robi, lud może pozbawić go władzy, a w ostateczności także życia. Dotyczy to również sytuacji, gdy władca porzuca „prawdziwą religię na rzecz herezji”. Zwolenników tej doktryny nazywano monarchomachami, czyli tymi, którzy walczą z władcami (od greckich słów monarchos – władca i makhomai – walczyć). Tyranobójstwo w ich ujęciu nie mogło być – co dopuszczał de Mariana – desperackim czynem jednostki. Wymagało zbiorowej decyzji i akceptacji ludu.

Teoretyczne dywagacje na język praktyki pierwsi przełożyli angielscy purytanie, stawiając w 1649 r. przed sądem króla Karola I Stuarta. Był to kulminacyjny moment wojny zdominowanego przez drobną szlachtę parlamentu z monarchą i wspierającymi go arystokratami. Władca odmówił udziału w procesie, twierdząc, że nikt nie ma prawa go sądzić. Powołana przez parlament 150-osobowa komisja była innego zdania – oświadczyła, że żaden człowiek nie stoi ponad prawem. Po czym wydała wyrok skazujący na karę śmierci „tyrana, zdrajcę i wroga ludu Karola Stuarta”.

NAJGORSZY SORT

Półtora wieku później przed rewolucyjnym trybunałem stanął „obywatel Ludwik Capet”, czyli zdetronizowany król Francji Ludwik XVI. Jego proces był farsą ze z góry znanym zakończeniem. Jakobińscy oskarżyciele nie bawili się w subtelności. 24-letni poseł Louis de Saint-Just mówił wprost, że król musi zostać stracony, gdyż każda władza, która nie pochodzi z woli ludu, jest tyranią. „Nie chodzi nam o to, by go osądzać, ale zwalczać – perorował. – A jeśli go osądzimy, to nie jako obywatela, lecz
wroga (...) i przestępcę najgorszego rodzaju, bo ciemiężyciela ludu”. Chociaż francuscy rewolucjoniści wydali wyrok jeszcze przed procesem, starali się zachować pozory praworządności. Sformułowali akt oskarżenia, zarzucając królowi „spiskowanie przeciw wolności narodu i zamach na bezpieczeństwo państwa”, i poddali ów akt pod głosowanie w Konwencie. Rosyjscy bolszewicy, którzy wzorem jakobinów uznawali każdą monarchię za tyranię, nie zdobyli się nawet na to. Obalonego i uwięzionego cara Mikołaja II po prostu zamordowali wraz z całą rodziną – żoną, czterema córkami, 14-letnim synem.

Ekscesy rewolucjonistów sprawiły, że pojęcie tyranobójstwa zniknęło z języka polityki, filozofii, teologii. Gdy w naszych czasach sądzono tak mroczne postacie jak Ceauşescu czy Husajn, oskarżyciele nie nazywali ich już tyranami, lecz dyktatorami. Znamienne, że w obu przypadkach wyroki wykonano bez rzeczowego rozliczenia z popełnionych zbrodni i w tajemnicy. Husajna stracono 30 grudnia 2006 r., gdy Irakijczycy rozpoczynali islamskie święto. Kaci i świadkowie obrzucili skazańca wyzwiskami, a potem sfilmowali egzekucję przy pomocy telefonu komórkowego i wrzucili do internetu.