Rozmowa z prof. Wojciechem Polakiem

Czy można zaryzykować tezę, że każdy narodowy kataklizm przyczyniał się w taki czy inny sposób do wzmocnienia jeśli nie państwa, to tożsamości narodowej Polaków – od klęski pod Cecorą przez potop po rozbiory (a także wydarzenia z historii o wiele bardziej współczesnej)?

Narodowe kataklizmy tak naprawdę osłabiają państwo, niszczą jego strukturę, doprowadzają do śmierci wielu obywateli. Trudniejsza jest odpowiedź na część pytania dotyczącą wzmocnienia tożsamości narodowej. Największa klęska, która spotkała nasz naród przed dwudziestym wiekiem, czyli rozbiory, na pewno mocno utrudniła wytworzenie i wzmocnienie tożsamości narodowej wśród większości społeczeństwa, tzn. wśród chłopów. Kataklizmy dziejowe, których nie szczędziła nam historia, rujnowały nas nie tylko pod względem materialnym, hamowały też życie duchowe. Z drugiej strony w okresie zaborów, a później w czasie okupacji hitlerowskiej i sowieckiej oraz w okresie PRL-u Polacy ocalili wiele w sferze duchowej, przede wszystkim zaś głęboką wiarę, przywiązanie do wartości narodowych oraz ducha oporu przeciwko zaborcom, okupantom, ciemiężycielom. Polacy dla ojczyzny potrafili poświęcić wszystko: życie, zdrowie, wolność, majątek. Nasz patriotyzm dzisiejszy opieramy w dużym stopniu na tradycji walk o niepodległość w minionych wiekach i dziesięcioleciach. Również, a może przede wszystkim, na tradycji walk i zmagań, które przyniosły klęskę. Nieszczęścia są więc także siłą wzmacniającą naród, chociaż najlepiej gdyby ich nie było.

Czy umieliśmy wyciągać wnioski z bardziej bądź mniej zawinionych porażek? Czy na przykład zwycięska bitwa pod Chocimiem nie była dowodem na to, że wyciągnęliśmy wnioski z klęski pod Cecorą?

Wiele jest przykładów z okresu przedrozbiorowego wskazujących na to, że zazwyczaj jednak wniosków z porażek nie wyciągaliśmy. Nie na próżno Jan Kochanowski biadał, że Polak „i przed szkodą i po szkodzie głupi”. Cecora i Chocim są tu wyjątkami potwierdzającymi regułę. Później – w XIX i XX wieku – skutki katastrof, np. przegranych powstań, były tak dotkliwe, że brakowało nawet możliwości wyciągania z nich jakichkolwiek wniosków.

Wydaje się, że Polakom łatwiej było przechodzić przez trudne historyczne momenty także dzięki oparciu w wierze. Nie bez powodów (a być może nawet koniunkturalnie) król Jan Kazimierz w czasie potopu, w 1656 roku, obrał Matkę Boską patronką Polski. Także mit obrony Jasnej Góry – bez względu na rzeczywisty przebieg tej batalii – miał dla Polaków moralne znaczenie jeszcze przez kolejne wieki.

Obrona Jasnej Góry nie miała wielkiego znaczenia pod względem strategicznym. Sam fakt, że doszło do próby zajęcia najświętszego miejsca w Polsce przez najeźdźcę, zmobilizował jednak Polaków do walki o wyzwolenie spod szwedzkiej okupacji. Jestem co do tego przekonany, chociaż wiem, że niektórzy historycy podważają to twierdzenie. Wiara była dla nas oparciem w chwilach najtrudniejszych, zwłaszcza że najeźdźcy często reprezentowali inne wyznania lub w ogóle odrzucali religię. Polskość kojarzono z katolicyzmem, chociaż Polacy raczej nie podważali patriotyzmu przedstawicieli innych wyznań. Mieliśmy zresztą skłonność do przypisywania naszej ojczyźnie szczególnej roli w obronie chrześcijaństwa. W XVII w. uważaliśmy się za „przedmurze chrześcijaństwa” i naprawdę byliśmy owym przedmurzem. Udana obrona Chocimia w 1621 roku rzeczywiście powstrzymała turecką pojanawałę, która mogła zalać Europę. W katedrze w Pelplinie możemy podziwiać wspaniały obraz Hermana Hana „Koronacja Najświętszej Marii Panny”. Na dole obrazu malarz przedstawił klęczących dostojników państwowych – tych, którzy mieli związek z obroną Chocimia. To uwiecznienie znaczyło dla nich zapewne więcej niż najwyższe ordery. Obronę Warszawy w 1920 r. także uważaliśmy (znowu słusznie) za obronę chrześcijańskiej Europy, wystarczy spojrzeć na obraz Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą”.

Czy nie jest tak, ze wszelkie porażki chętnie przypisujemy czynnikowi zewnętrznemu, a nie własnym błędom? Przeciez nawet za niedoskonałosci systemu demokracji szlacheckiej (a w efekcie osłabienie państwa) obarczamy Wettynów, a wiec naszych saskich królów, choc oceniajac uczciwie, można by i na ich temat powiedzieć sporo dobrego.

Obarczanie Wettynów wszystkimi naszymi grzechami znika powoli z naszej świadomości zbiorowej, podobnie jak np. zupełnie nieprawdziwy mit przypisujący królowej Bonie liczne niegodziwości, a Zygmuntowi Augustowi ekscesy nietolerancji. System demokracji szlacheckiej działał w miarę sprawnie do połowy XVII wieku. Potem zaczął ulegać postępującej degeneracji. Trudno jest bronić „saskich ostatków”, chociaż takie próby ostatnio się podejmuje. Sądzę jednak, że większość moich rodaków za winowajców rozkładu państwa uważa (słusznie) samych Polaków, a nie obcych monarchów.

Czy rozbiory były nieuchronne i czego nas nauczyły?

Gdyby przeprowadzono odpowiednie reformy państwowe odpowiednio wcześnie, najlepiej jeszcze w wieku XVII, rozbiorów można byłoby uniknąć. Potem od „sejmu niemego” (1717 r.) Polska nie jest już właściwie krajem suwerennym, a polityczna „równia pochyła” prowadzi ją w przyśpieszonym tempie do rozbiorowej katastrofy. Rozbiory nauczyły nas szacunku dla instytucji państwa i poświęcenia dla ojczyzny. Tysiące Polaków ginęły, traciły majątki, tułały się na emigracji lub umierały w kopalniach Syberii, żeby wskrzesić wolną Polskę. Sam fakt, że w 1918 r. to się udało, świadczy jednak, że Opatrzność nad nami czuwa. Rozkład trzech mocarstw zaborczych tak naprawdę był po prostu cudem. Drugi cud nastąpił siedemdziesiąt lat później, gdy udało się uwolnić spod jarzma komunizmu, a „niezłomny Związek Republik Swobodnych” rozsypał się w tempie błyskawicznym. Cud, bo jak to wyjaśnić racjonalnie?