Niedawno cała Polska żyła aferą Tomasza Kaczmarka, byłego policjanta, obecnie posła PiS. Zdjęcia roznegliżowanego agenta, który miał być „kretem” Centralnego Biura Antykorupcyjnego w środowiskach polityki i biznesu, siedzącego nad walizką pełną pieniędzy, obiegły wszystkie media. Pieniądze miały być kontrolowaną łapówką w jednej z przeprowadzonych przez CBA spraw. W wyniku ujawnienia fotografii cała instytucja policyjnej prowokacji stanęła pod dużym znakiem zapytania. Czy tego typu akcje mają rzeczywiście sens? Czy jest to skuteczna forma zbierania dowodów przestępstw?

Kontrolowane wręczenie lub przyjęcie korzyści majątkowej, czyli łapówka kontrolowana, to jeden ze sposobów zdobywania dowodów na korupcję, funkcjonujący w polskim prawie od kilkunastu lat. Uprawnienia do jej stosowania ma w Polsce aż 7 służb, ale korzystają z niej przede wszystkim policjanci z Centralnego Biura Śledczego, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz CBA. Jak często? To dane objęte tajemnicą. Można jednak założyć, że na ok. 7–8 tysięcy postępowań korupcyjnych, prowadzonych przez policję i służby w ciągu roku, w co setnej sprawie dowodem jest kontrolowana łapówka, wręczona przez przeszkolonego agenta lub współpracujące z nim osoby.

Operacje za kilka milionów

Agentów, tzw. przykrywkowców, czyli policjantów udających np. przestępców lub biznesmenów, używa się w sprawach najtrudniejszych. Sama umiejętność korumpowania jest sztuką, której muszą się długo uczyć. Ważny jest tu każdy element: zewnętrzne podobieństwo agenta do figuranta, czyli osoby korumpowanej, wspólne zainteresowania, zamiłowanie do alkoholowych imprez, a także sam sposób i miejsce wręczenia łapówki. Przykrywkowiec musi najpierw zaprzyjaźnić się z figurantem, poznać jego słabe punkty, wyciągnąć z (czasem specjalnie spreparowanej przez służby) finansowej lub prawnej opresji.

Agent musi mieć też odpowiednią legendę, czyli kompletny życiorys wymyślony na nowo. Trzeba uruchomić zespół policyjnych informatorów, którzy w razie potrzeby potwierdzą jego tożsamość i fakty z „nowego” życia, trzeba wyprodukować dokumenty, czasem założyć firmę, zapewnić mieszkanie i auto. A także partnerów z tzw. Zespołu Bliskiego Zabezpieczenia (ZBZ), którzy podczas szczególnie niebezpiecznych operacji są w pobliżu agenta przykrywkowca (zwanego w policyjnym żargonie „operatorem”) i mają go bronić w razie zagrożenia życia lub zdrowia. Sam agent w czasie akcji nie jest uzbrojony.

Zostaje jeszcze gotówka na łapówkę lub inną formę policyjnej prowokacji, czyli na zakup kontrolowany. To kwoty liczone w setkach tysięcy, a nawet milionach złotych, z których utratą trzeba się liczyć. Takie akcje, zwane operacjami specjalnymi, są bardzo drogie i pochłaniają sporą część rocznego budżetu CBŚ, CBA czy ABW. Ile robi się ich w ciągu roku?

„Od 80 do 90” – mówi nasze źródło, prosząc jednocześnie o nieujawnianie jego danych. „Wiele z nich to operacje długoterminowe. Jest w nie zaangażowanych na bieżąco kilkuset policjantów przykrywkowców”.

Zdarza się jednak, że na grube sprawy policja i służby wpadają zupełnie przypadkiem. Jesienią 2012 roku, w tym samym czasie, kiedy Polska żyła przygodami agenta Tomka, ważyła się sprawa jednej z największych afer korupcyjnych ostatnich lat, znanej pod policyjnym kryptonimem „Yeti”. Wszystko zaczęło się od podsłuchu jednej z wrocławskich kancelarii adwokackich.