Najsławniejszy polski pojedynek, do którego nie doszło, to ten o honor królowej Jadwigi. Kiedy w 1387 roku została posądzona o zdradę, aż 12 rycerzy postanowiło bronić jej honoru. Oskarżyciel wystraszył się tak bardzo, że odszczekał, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, pomówienia. Wbrew pozorom, pojedynkowano się jednak nie tylko o kobiety frywolne i piękne. Historia zna też przypadki pojedynków o damy poważne i inteligentne, na przykład o Marię Skłodowską- Curie. Kilka lat po śmierci męża, Piotra Curie, wybitna chemiczka wdała się w romans z żonatym Paulem Langevinem, słynnym fizykiem. Kochanek nie mieszkał co prawda już z rodziną, jednak para afiszowała się za bardzo swoją miłością; doszło do skandalu. We wszystko wmieszała się pani Langevin, sprawa trafiła do prasy, Paulowi nie pozostało więc nic innego, jak pozwać na pojedynek szefa zajadle tropiącego go magazynu „L’Oeuvre”, niejakiego Gustawa Tery’ego. Jak to często przy pojedynkach bywało, Langevin miał kłopot ze znalezieniem sekundanta. W końcu udało mu się namówić innego naukowca, znanego matematyka Paula Painleve’a, późniejszego premiera Francji. Ten zaś, bardziej obyty ze sprzętem laboratoryjnym niż z bronią, tak nieumiejętnie ją nabił, że nie wypaliła. Pan redaktor natomiast nie przymierzył się nawet do strzału, bo myśląc o przyszłości nauki, przestraszył się, że mógłby zabić naukową sławę.

TAKIE ZOSIE SAMOSIE

Choć w różnych czasach i w różnych miejscach prawo zabraniało pojedynkowania się, gorące głowy nie zważały na zakazy. I co najciekawsze, choć oczywiście wojna to rzecz męska, kobiety równie chętnie chwytały za broń i co więcej wykazywały w czasie walki niesłychaną wręcz zaciętość. Średniowieczna Francja pamięta sądy boże – w Polsce w tej formie nieznane – kiedy to w szranki stawali mężczyźni i kobiety. Panie miały tu pewne fory, zapewnione przez kościelne orzeczenie, w myśl którego kobieta to połowa mężczyzny. Mężczyzna stał więc w dole, który sięgał mu do pasa, w jednej ręce miał dębowy kij, drugą skrępowaną albo wolną. Kobieta biegała wokół dołu z maczugą zrobioną z chusty, w której znajdował się kamień. To, które pierwsze zostało zranione albo pozbawione broni, żywcem zakopywano w dole. Okrucieństwo tego zwyczaju było wówczas czymś naturalnym, wszak nie ludzie decydowali o tym, kto przeżyje, tylko Bóg, a on przecież nie mógł dopuścić do krzywdy niewinnego.

Przez wiele kolejnych lat pojedynek uważano za naturalną formę rozmowy, w którą często wtrącały się siły wyższe, stojące – zgodnie z założeniem – po stronie obrażonego, zhańbionego, czyli ogólnie rzecz biorąc, pokrzywdzonego. Kiedy jednak interwencja sił wyższych zawodziła, trzeba było sobie radzić samemu.  Księżna de Saint-Belmont, żyjąca w XVII w. wdowa, nie mogła zrozumieć, dlaczego pewien oficer kawalerii zamienił jej rezydencję w swoją kwaterę. Nie miał takiego pozwolenia! Kiedy nie pomagały uprzejme prośby, modły i rozmowy, księżna postanowiła wyzwać oficera na pojedynek. Pod listem do oficera podpisała się jako kawaler de Saint-Belmont. Pozwany, sądząc, że będzie walczył z innym mężczyzną, stawił się w miejscu pojedynku. Księżna przebrała się za mężczyznę i szybko wytrąciła broń przeciwnikowi. Leżącemu gburowi nie zostało nic innego, jak prosić o litość. Wtedy nastąpiła scena, będąca nieodzownym elementem każdego filmu płaszcza i szpady. Księżna, ujawniwszy się, oświadczyła: „Mylisz się pan, jeśli sądziłeś, że walczysz z kawalerem. Jestem panią Saint- -Belmont i napominam cię, abyś był bardziej wrażliwy na damskie prośby”. O ile walcząc z mężczyznami, kobiety zachowywały jeszcze pozory fair play, w pojedynkach pomiędzy sobą zapominały o wszelkich hamulcach.