Przed pierwszą wojną światową zapanowała moda na kontakty z „innym światem”. Wirujące stoliki i talerzyki zapewniały rozmowy ze zmarłymi. Wywoływano też duchy i zjawy. Odbywało się to za pośrednictwem tak zwanych mediów. „Naukowcy” spierali się, czy pojawiający się „duch” to materializacja dusz zmarłych (teoria spirytystyczna), czy też twór zmaterializowanej – w postaci tzw. ektoplazmy – wyobraźni medium (teoria metapsychiczna).

Do najbardziej znanych polskich mediów należał Jan Guzik, który zaczął działać jeszcze w XIX w. Był zawodowcem i płacono mu za seanse; w sennym transie przesuwał przedmioty, wywoływał bliżej nieokreślone zjawiska i dźwięki. Jego gwiazda zbladła, kiedy przyłapano go na pomaganiu sobie przy „nieziemskich” efektach.

Równie znany był Franek Kluski. Pod tym pseudonimem ukrywał się warszawski dziennikarz pracujący w „Kurierze Porannym”, poeta, autor i aktor kabaretowy. Nazywał się Teofil Modrzejewski i mieszkał przy ul. Królewskiej. Kiedy podczas seansów zapadał w sen, w pokoju pojawiały się zjawy, w roztopionej stearynie odciskały się dłonie i stopy, uczestników seansów „coś” dotykało, w powietrzu migały światełka, słychać było różne dźwięki. W powietrzu unosił się zapach kwiatów oraz roślin i owoców. Seanse odbywały się w ciemnym pokoju; paliła się w nim jedynie czerwona żaróweczka. Na stole zawsze stał niewielki ekran pokryty fosforyzującą masą do oświetlania duchów. Uczestnicy musieli trzymać się za ręce.

W 1926 r. opublikowana została 600- -stronicowa księga „Wspomnienia z seansów z medium Frankiem Kluskim”. Autorem był Norbert Okołowicz, malarz, twórca tkanin artystycznych, wojskowy, dyplomata. Organizował twórczość ludową na Huculszczyźnie i seanse u Kluskiego. Księga zawiera protokoły z seansów, fotografie uczestników, zjaw i odciśniętych w parafinie kończyn. W seansach w sumie uczestniczyły 243 osoby i ukazało się 830 zjaw.

Do Kluskiego przychodzili prominenci II Rzeczypospolitej. Ich lista jest imponująca: Józef Piłsudski, marszałek Polski, Józef Beck, późniejszy minister spraw zagranicznych, Marian Borzęcki, komendant główny policji, Bolesław Wieniawa-Długoszowski, adiutant marszałka. Bywał tam także generał Józef Haller, wielki aktor Juliusz Osterwa, książę Stefan Lubomirski, dyrektor Teatru Polskiego Arnold Szyfman i pisarz skandalista Tadeusz Żeleński-Boy. Wywoływanie duchów było więc ekskluzywną rozrywką.

Na ss. 230–236 książki Okołowicza znajduje się protokół nr 33 z seansu odbytego 26 stycznia 1925 r. Trwał godzinę i 35 minut: jako uczestnika nr 3 odnotowano Stanisława Ignacego Witkiewicza, zwanego Witkacym, głośnego wtedy malarza, filozofa, awangardowego pisarza i ekscentryka. Był po raz pierwszy „na seansie z tym medium”. Zebrani utworzyli łańcuch z rąk. Po pięciu minutach w powietrzu pojawiły się małe światełka, słychać było szelesty i szmery, zebrani czuli dotyk małych dłoni, potem rozszedł się zapach róż i ozonu. Fosforyzujący ekran uniósł się pod sufit i pojawiła się zjawa polskiego oficera, potem drugiego.

„Po chwili znowu koło uczestnika 3 zjawiła się jakaś postać usiłująca się mu uporczywie ukazać już nie w świetle ekranu, a w świetle wydobywającym się z dłoni natartych jakby świetlną masą. Uczestnik 3 po kilkakrotnym ukazaniu się tej postaci zapytuje: »Jadwiga?« (tak miała na imię narzeczona Witkacego, panna Janczewska, która popełniła samobójstwo w roku 1914 – A.G.). Wtedy światło niknie, a uczestnik ten oświadcza, że ktoś go ściska i obejmuje”.

OFICERSKIE BALETY


W maju 1934 roku o świcie w IX komisariacie policji dyżurny odebrał anonimowy telefon: „Marszałkowska 48, w oficynie na drugim piętrze... Kobiety, wino, śpiew... i trup porucznika”.

W kuchni dwupokojowego mieszkania, obok łóżka służącej, na podłodze leżał martwy oficer z rewolwerem w dłoni. Był to porucznik Stanisław Uchnast z 10. pułku ułanów w Białymstoku. Do zastrzelenia Uchnasta przyznała się obecna w lokalu pani Okulicz-Kozarynowa, żona rotmistrza, i po tym wyznaniu zemdlała. Kiedy doszła do siebie, nie pamiętała, że przyznała się do zabójstwa. Lekarze uznali, że porucznik popełnił samobójstwo.

Mieszkanie, w którym doszło do tragedii, było własnością Ewarysta i Ewy Meyerów. Małżonek bawił w Gdańsku w interesach. Żona po wyjeździe męża dała służącej wychodne i zaprosiła panie: Okulicz-Kozarynową i Marię Wierzejską oraz poruczników z 10. pułku ułanów w Białymstoku: Uchnasta i Marcelego Marcinkowskiego, a także cywila z Warszawy pana Tadeusza Gutnajera.

„Urządzono libację, w czasie której rozwieszono na ścianach pornograficzne obrazki, a kiedy goście wpadli już w nastrój, rozdzielono się na trzy pary, które tworzyli: gospodyni domu z p. Gutnajerem, p. Wierzejska z por. Marcinkowskim i p. Okulicz-Kozarynowa z por. Uchnastem. Pierwsza para ulokowała się w sypialni, druga w saloniku, a trzecia w kuchni” – informował „Tajny Detektyw”.

Tygodnik sugerował, że samobójstwo porucznika Uchnasta mogło mieć związek z działalnością satanistycznej sekty. Wśród dokumentów Uchnasta znaleziono bowiem zapisane nazwisko „dr Bruze”. Posługiwał się nim tajemniczy człowiek mieszkający w willi na skraju podwarszawskich Gołąbek. Miały się w niej odbywać dziwne imprezy z udziałem ludzi przyjeżdżających z Warszawy. Nazwisko to figurowało też na wizytówce znalezionej u pewnego lekarza z ulicy Dobrej, który kilka lat wcześniej także popełnił samobójstwo. „Lekarz ów organizował w swoim mieszkaniu zabawy i orgie, na które zapraszał rozmaite kobiety. Spośród tych kobiet wybierał ofiary, które podstępnie usypiał, a następnie dokonywał na nich rozmaitych zabiegów” – informował „Tajny Detektyw”.

Prawdopodobnie ów lekarz związany był z polskim odłamem masońskiego Zakonu Martynistów. Przewodził mu Czesław Czyński używający pseudonimu Punar Bhawa. Ten okultysta, parapsycholog i hipnotyzer miał burzliwą przeszłość. W 1894 r. sądzono go za zahipnotyzowanie, uwiedzenie i doprowadzenie do małżeństwa baronowej Hedwigi Zedlitz. Sprawa była głośna na całą Europę, napisano o niej książkę. Czyńskiego sąd skazał na 3 lata więzienia za małżeństwo niezgodne z prawem. Potem Czyński został reprezentantem Zakonu Martynistów na Rosję i Polskę. Jednak w 1926 r. martyniści go wyrzucili. Założył wtedy Zakon Białego Wschodu. Historyk polskiej masonerii Ludwik Hass twierdził, że członkowie sekty sami doprowadzili ją do upadku. „W związku z uprawianymi przez część tego środowiska praktykami satanistycznymi połączonymi z orgiami, co pociągnęło za sobą kilka samobójstw, ingerowała na przełomie sierpnia i września 1930 r. policja warszawska”. Wyniki rewizji przeprowadzonych u aktywistów organizacji były kompromitujące. Kierownictwo martynistów, mające siedzibę we Francji, rozwiązało w 1931 r. polską gałąź. W rok później zmarł Czyński, ale pozostali członkowie grupy kontynuowali działalność. „Na razie epilogiem samobójstwa por. Uchnasta jest wielki skandal towarzyski i dwa skandale rodzinne. Zarówno bowiem p. Meyer, jak i rtm. Okulicz-Kozaryn, po kompromitującej zabawie nocnej w mieszkaniu p. Meyerowej, zakończonej fatalnym strzałem – wyrzekli się swych żon zapowiadając wszczęcie kroków rozwodowych”.