Moja ciotka z Ameryki, dzisiaj już dama prawie dziewięćdziesięcioletnia, znakomita lekarka, właścicielka domu na Florydzie i wedle wszelkich miar kobieta sukcesu, zapytana, jakie miała najważniejsze zadanie w życiu, odpowiedziała bez wahania, że dobrze wychować swoją córkę. Nie jest wyjątkiem: wielu, jeśli nie większość rodziców, podobnie odpowiedziałoby na takie pytanie. Ja też.

Ile wychowywania, ile „wolnego wybiegu” Momentów, kiedy możemy brać na siebie to nigdy niekończące się zadanie, jest mnóstwo, każdego dnia. Właściwie na każdym kroku, w każdym momencie dnia przytrafia się okazja, żeby dziecko wychowywać, edukować, ulepszać i uświadamiać. Kiedy tylko nasz syn lub córka otworzą rano oczy, od razu, samym swoim jestestwem, dają nam ku temu powody: „Mówiłam ci, synku, żebyś jednak zimą zakładał piżamkę z długim rękawem!

Zima to zima, zima to nie lato. Umyłeś zęby? Zęby należy myć po każdym posiłku, inaczej będziesz mieć próchnicę. Anielka, prosiłam, żebyś nakryła do stołu. Mieszkamy razem, a to oznacza, że każdy ma jakieś zadania – ja przygotowuję śniadanie, tatuś potem sprząta, a ty nakrywasz. To się, córeczko, nazywa odpowiedzialność. Basiu, czemu nie jesz? Powinniśmy być wdzięczni, że mamy takie pyszne rzeczy na stole! Wiele dzieci na świecie marzyłoby o takim śniadaniu. Stasiu, nie męcz pieska! To też jest żywa istota, on ma swoje uczucia, czy tobie byłoby miło, gdyby ktoś cię tak tarmosił za uszko?”.

Nie chodzi tylko o wydawanie poleceń (jestem bardzo za poleceniami, wierzę w hierarchię, chociaż mój jedenastoletni dziś syn wielokrotnie próbował mnie przekonać, że nie mam w tej sprawie racji). Chodzi mi o nieustający wysiłek wychowawczy, otwarty 24 godziny na dobę kram z umoralniającymi pogadankami. Stajemy się profesorami etyki, a nasze dzieci, chcąc nie chcąc, ich słuchaczami. Kłopot polega na tym, jak na pewno wiesz, że wykłady z etyki to zaledwie 20 proc., może nawet 10 proc. pracy rodzica. Cała reszta związana jest z tym, co dziecko widzi, a nie co słyszy. 

Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy usłyszałam własny głos, jak krzyczę na mojego syna, żeby nie podnosił na mnie głosu. Czy on się wtedy uczy nie podnosić głosu? Nie bardzo. Co gorsza, sprytniejsze z naszych dzieci wychwytują nasze, delikatnie mówiąc, niespójności i pokazują nam lustro właśnie wtedy, kiedy najmniej chcemy się w nim przejrzeć. Mój syn powiedział mi kiedyś, bardzo spokojnie, kiedy wkurzona na niego krzyknęłam: „Mamo, wyjaśnij mi proszę, dlaczego podniosłaś na mnie głos? Przecież przemoc nie jest rozwiązaniem, mamo”. I tak to jest, kiedy sobie człowiek wychował mądralę, nauczył go teorii, a sam nie umie albo nie zawsze umie stosować jej w praktyce. Mówi się, że ornitolog nie musi umieć fruwać, a jednak rodzic nie może swobodnie tej samej reguły zastosować do siebie – gdyby tak zrobił, słabo mu wyjdzie zadanie, jakie przed sobą postawił.

 

Najcenniejsza waluta świata

Co więc poradziłabym sobie samej, gdybym jedenaście lat temu wiedziała to, co wiem dzisiaj? Po pierwsze zachowaj spójność między tym, co głosisz, a tym, co robisz – rada z gatunku banalnych i niemożliwych do spełnienia. Po drugie poza czasem na pogadanki o tym, jak być dobrym człowiekiem i co jest w życiu ważne, zadbaj, powiedziałabym sobie samej, o czas, kiedy nie wychowujesz swojego dziecka; kiedy nic od niego nie chcesz, a i przed sobą samą chwilowo nie stawiasz żadnego innego zadania, jak tylko być przy nim.

W pobliżu szatni, w przedszkolu naszego Szymka, wisiała korkowa tablica, na której przywieszano ogłoszenia o Balu Malucha, menu obiadowym i wywiadówkach, przemieszane z sekwencjami na temat rodzicielstwa. Jedno zdanie szczególnie przykuło moją uwagę i teraz, lata później, wciąż dobrze je pamiętam. Brzmiało mniej więcej tak: „Walutą, w której wypłacasz dziecku swoją miłość, jest czas”. Nie oryginalne lego zakupione na lotnisku, nie kosztowny wyjazdowy kurs angielskiego, ale właśnie czas.

Oczywiście nie jest to jedyna waluta, ale wierzę, że główna; i nie ma takiego kantoru wymiany, w której można by ją bez straty zamienić na inną. W kontekście dylematu, ile wychowywać, a ile pozwolić dziecku po prostu sobie być, myślę, że temu, kto to pisał, chodziło przede wszystkim właśnie o czas bez agendy, bez planu, bez targetu – czas bezinteresowny. Osobiście wielokrotnie musiałam i muszę w tej sprawie się dyscyplinować. Weźmy na przykład taką rozmowę, którą rozpoczynamy ze szczerą intencją, żeby dowiedzieć się, co u naszego dziecka słychać. „Co tam w szkole, Aniu?” „Dobrze” – pada od zawsze taka sama odpowiedź, sami sobie jesteśmy winni, po tym pytaniu innej odpowiedzi nigdy nie było i nigdy nie będzie. „A jak tam z Kasią ostatnio, lubicie się dalej?” – poprawiamy się trochę. „Nawet mi nie mów o Kaśce, mamo” – ryba chwyta haczyk i dostajemy szansę na tak zwaną rozmowę z dzieckiem, wypłatę miłości w walucie czasu i uwagi, budowanie relacji i wszystkie te rzeczy, o których wiemy, że trzeba je robić, że to się, jak mówią rodzice nastolatków, potem zwróci, kiedy piętnastolatka na jakiejś imprezie podchwyci zniewalające spojrzenie przystojnego maturzysty i stanie przed wiadomym wyborem, albo w innym krytycznym momencie życia, kiedy nie będzie nas obok. „Kaśka to zwykła świnia jest, nie żadna koleżanka” – mówi cztery lata przed tą imprezą nasza piątoklasistka. No i tutaj stajemy na niewidzialnym rozdrożu.

Dziecko powiedziało „świnia”. Czy to ładnie tak mówić o swojej przyjaciółce? Czy to się nie kwalifikuje przypadkiem na tak zwaną interwencję, czy to nie jest moment, żeby jednak Ani wytłumaczyć, że trzeba o ludziach z szacunkiem, żeby powiedzieć, że zawsze są dwie strony każdego sporu, żeby zachęcić do autorefleksji, że może Aniu przyjrzyj się, czy sama się nie przyłożyłaś jakoś do tej sytuacji, w której Kasia przesiadła się do Zośki na polskim, nie tłumacząc ci w ogóle, dlaczego.

W klasycznej, równie banalnej, co wartej przeczytania książce „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” Adele Faber i Elaine Mazlish zachęcają nas do tego, żeby w takich momentach powstrzymywać się od wychowywania, ponieważ włączenie tak zwanego słuchania krytycznego nieuchronnie zniechęci nasze dzieci do otwartości, utrudni im odwentylowanie emocji, osłabi naszą relację i, ogólnie, nie posłuży. Żeby wtedy tylko parafrazować, słuchać empatycznie, odzwierciedlać emocje – słowem, używać tych wszystkich technik, których niestrudzeni trenerzy uczyli nas na szkoleniach i wyjazdach integracyjnych, kiedy odgrywaliśmy scenki rozmowy z klientem czy tak zwanym trudnym pracownikiem. I ja w to wierzę – że tak właśnie trzeba robić, może nie za każdym razem, ale znaczącą ilość razy. A nie jest to odruchowe. W końcu jesteśmy rodzicami, prawda?

Dylemat jednak pozostaje dylematem – bo przecież bezwarunkowa akceptacja wszystkiego, co nasze dzieci mówią i robią, delikatnie mówiąc, nie wyszłaby im na dobre. Są wyjątki, są granice i lepiej, żeby nasze dzieci je widziały. Kiedy, ile? Nie wiadomo. I tej decyzji, jak wiecie, drodzy rodzice, bracia i siostry w tym niemożliwym zadaniu, jakim jest wychowanie dziecka, nie da się podjąć raz na zawsze. I tutaj chodzimy po linie bez asekuracji, ryzykując, że jeśli nasze dziecko będzie doświadczało od nas tylko parafraz i odzwierciedlenia emocji, czeka je twarde lądowanie z kimś innym niż my za sterem. Człowiek, który ma trzy, cztery, siedem lat, jest o kilkaset procent życia od nas młodszy. To powód, dla którego nie jesteśmy równi – my, rodzice, wiemy więcej, rozumiemy więcej, i naszym zadaniem jest to przekazać. Byle, na miły Bóg, nie co dwanaście sekund. 

 

Ile targetów, ile „marnowania” czasu

Posadziłam bluszcz na dwóch ścianach naszego domu. Od frontu ziarno trafiło na nasłonecznioną stronę. Z boku, od wschodu – na taką, gdzie słońce pojawia się tylko rano, jeszcze słabe. Po dwóch latach bluszcz rosnący przy drzwiach wejściowych sięga dachu, rozrasta się na boki jak szalony, jesienią rudzieje, czerwienieje, złoci się, obejmuje okno i jak nic zaraz będzie trzeba go przycinać. Bluszcz posadzony od nienasłonecznionej strony wyrósł na nie więcej niż kilkadziesiąt centymetrów, plącze się przy ziemi i ledwo co zaczyna wspinać się na elewację. Czy takie jest nasze zadanie jako rodziców? Sprawić, żeby lata, które dzieci spędzą pod naszym dachem, były jak ta ściana od słonecznej strony? Stwarzać tak zwane warunki?

Rozwijać tak zwany potencjał, odkrywać tak zwane talenty, robić wszystko, żeby stali się najlepszą, najbardziej rozrośniętą, najbujniejszą z możliwych wersji samych siebie? Jeśli tak jest, a przecież każdy rodzic chce wyhodować ten bluszcz od frontu, a nie tę biedulkę od wschodu, stajemy przed dylematem – co to praktycznie znaczy? Popularną odpowiedzią na to pytanie jest coś, co wydaje mi się bliskie właśnie hodowaniu dziecka; myślę też o tym hasłem „projekt dziecko”.

Wyobraź sobie, że twoja przyjaciółka opowiada ci o swoim życiu: „Wstaję codziennie kwadrans po szóstej, idę do firmy, pracuję przez osiem godzin, ale mnóstwo roboty zostaje mi jeszcze do dokończenia w domu, więc kiedy wracam, to robię sobie tylko przerwę na herbatę i wracam do roboty. O dziewiątej–dziesiątej jeszcze nad nią siedzę, czasem dłużej”. „A weekendy?” – mogłabym zapytać. „No, w weekendy do pracy nie idę, ale i tak w domu w soboty i niedziele jeszcze mam po parę godzin roboty”. Co byś poradziła przyjaciółce? Prawdopodobnie, jeśli dobrze jej życzysz, usilnie namawiałabyś ją, żeby sobie choć trochę odpuściła. Może padłoby słowo „pracoholizm”. Może poradziłabyś wyjazd na trening uważności, a może nawet, patrząc bardziej długofalowo, terapię, na której z mozołem, latami, przyjaciółka odkrywałaby, dlaczego rzeczą tak niezwykle trudną byłoby dla niej usiąść sobie spokojnie w fotelu, pić herbatę i czytać książkę o miłości, która w żadnej mierze nie posłuży maksymalizacji jej efektywności ani optymalizacji jakichkolwiek procesów.

 

Być albo działać, oto jest pytanie

Tymczasem tak właśnie jak dzień owej przyjaciółki wygląda dzień wielu dzisiejszych dziesięcio- czy nawet pięciolatków. Starannie dobrana podstawówka, od lat w czołówce wyników w teście szóstoklasisty. Codzienne zadania domowe, obliczone na parę godzin, żeby się do tego testu przygotowywać, zanim dojdzie do tragedii w postaci zaniżenia średniej. No i zajęcia dodatkowe – wiolonczela, portugalski, marketing dla najmłodszych, baby jogging. Każdego popołudnia. Kiedy poszłam porozmawiać z dyrektorką potencjalnego gimnazjum dla naszego syna (tak, ja też należę do tych, którzy takich wyborów dokonują starannie), zostałam zapytana, jakiego drugiego języka uczy się Szymek. „Żadnego” – odpowiedziałam, usilnie próbując odpędzać myśli z serii co-z-ciebie-za-matka-skoro-twój-jedenastolatek-uczy-się- tylko-jednego-języka-obcego. Pani dyrektor starała się podejść do mnie taktownie i po kilku sekundach niewygodnej ciszy, powiedziała, żebym się nie martwiła, coś się wymyśli.

W paradygmacie, w którym dziecko jest naszym projektem – tym bardziej kluczowym, im bardziej pozbawionym konkurencji innych projektów – dziecko ma targety, dziecko ma deadliny, dziecko płacze, jeśli dostanie czwórkę, a my niby tłumaczymy mu, zgodnie z przeczytanym ostatnio artykułem, że czwórka to też dobra ocena, ale dziecko nam nie wierzy, i słusznie, bo dziecko wie, co my sobie naprawdę myślimy o, tfu, czwórkach. Dziecko ma potencjał, potencjał trzeba maksymalizować, czasem trzeba zarządzać, procesy rozwojowe trzeba optymalizować, w korkach trzeba powtarzać obce słówka, przed snem trzeba dla rozrywki czytać encyklopedię britanica, no i widzisz, córeczko, przecież mó wiłam ci ostatnio, jak się pisze Britannica, ćwiczyłyśmy, nie pamiętasz? Kilkanaście lat później dziecko robi dalej to samo – już w pełni praw wyborczych, już z CV na cztery strony, siedzi na openspace o 20.20 przy ekranie komputera i dalej optymalizuje procesy, siebie optymalizuje, liczy z dumą, ile mu się uzbierało dni niewykorzystanego urlopu, w tym też chce być najlepsze. Czy odpoczywa? Proszę cię!

Odpoczynek jest dla tych, bez których udziału słońce rano wstaje i wieczorem zachodzi. Nasz syn chodzi na spacery zamiast na lekcję wiolonczeli. Uczy się w dobrej szkole, ale oceny przynosi... hmm... różne. Czy jestem pewna swoich wyborów, swojego, w trudzie wypracowanego, kontrolowanego luzu w sprawach szkolnych, wyboru tak zwanego marnowania czasu na luźne rozmowy, dwugodzinnych śniadań w weekendy, kiedy można by zrobić tyle innych pożytecznych rzeczy? Nie, naprawdę nie jestem. Myślę dużo o tym, że być może razem z moim mężem, kapitalnym tatą, nie dość podlewamy, nie dość nasłoneczniamy albo robimy to w taki sposób, który naszemu dziecku służy mniej, niż mógłby. Myślę o tym, że może coś rzeczywiście marnujemy, że być może gdybyśmy zapisali go teraz na lekcje pianina i okazali stanowczość w pilnowaniu, żeby ćwiczył, być może odkryłby w sobie pasję i został później Arturem Rubinsteinem, a my pozwalamy, żeby tarzał się po podłodze, bawiąc się ze swoim ukochanym psem. Może to jakiś rodzaj walkowera – nie ustawiać swojego dziecka na linii startowej tych różnych biegów, w których startują jego koledzy? Zastanawiam się, czego będzie wymagał świat, u którego wrót stanie, kiedy zostanie dorosłym człowiekiem.

A jednak jeśli chodzi o wybór między stawianiem wymagań, które przecież wspólnie z mężem stawiamy, rozwijaniem talentów, które przecież widzimy i nie dajemy im zginąć, zapełnianiem dnia, który w dużej mierze i tak jest poświęcony obowiązkom, między pozwalaniem naszemu synowi na bycie a nie tylko działanie – jest – według mnie – remis ze wskazaniem na tę drugą szalę. Także dlatego, że obowiązki robią się same, a o wolność od nich trzeba dopiero zadbać. Dylemat między dzieckiem–projektem a dzieckiem–dzieckiem praktycznie przekłada się na pytanie, czy dziecko na co dzień pracuje dużo, czy okropnie dużo. I przekonałam się, że wolę to pierwsze.

Czuję, że kiedy nasz syn wspina się na drzewo, przygląda się z wielką uwagą mrówce, dyskutuje ze swoim psem, rozmawia z nami o sytuacji na Ukrainie, bo go to ciekawi, chociaż nie ma z tego klasówki, kiedy leży w trawie i gapi się w chmurę, a nie tylko studiuje w podręczniku różnice między cumulusem a cumulonimbusem, kiedy zaśmiewa się, biegnąc po łące – że kiedy to wszystko się dzieje, dzieją się rzeczy najważniejsze, chociaż nikt za to nie daje ocen ani jemu, ani nam. Dla nas oznacza to też, że my jako rodzice nie jesteśmy zredukowani do roli wymagacza, egzaminatora, przepytywacza, przedłużenia nauczycielskiego wskaźnika. Chcemy być też przyjaciółmi, towarzyszami. I tak, decydując codziennie, nigdy raz na zawsze, ile rodzica w rodzicu, idziemy tą niepewną drogą, najbardziej niezwykłą i najfajniejszą, jaka nam się przydarzyła.