Nałogowy gracz gra po to, żeby przegrać – tak Marianna (imię zmienione) skomentowała swoje uzależnienie od hazardu. Na początku były kryształowe żyrandole, zapach cygarowego dymu i hipnotyzujący blask mosiężnego słupka nad obracającym się mahoniowym kołem z liczbami. Czarne, czerwone, czarne... Tuk-tuk, serce biło w rytm przeskakującej przez przegródki kulki.

Na końcu tłuczenie palcem w przycisk i wwiercająca się w mózg melodyjka błyskającej światłami maszyny, upchniętej w ciemnym kącie osiedlowej „jaskini hazardu” – obskurnej budy między kantorem a warzywniakiem, z zaklejonymi szybami, pełnej odoru dawno niemytych ciał. Bo przecież mycie zabiera czas, który można przeznaczyć na granie.

Do odejścia od maszyny mógł ją zmusić tylko kompletny brak pieniędzy. Także tych potencjalnych. Najpierw ze sprzedaży wszystkiego, co miała (zegarek, obrączka, samochód). Potem z pożyczek: od znajomych i lichwiarzy, przy których – jak mówi Marianna – „Provident to Caritas i Matka Teresa w jednym”. Wreszcie z kradzieży – zarówno prostych, jak i defraudacji „w białych rękawiczkach” milionowych sum z firmowych kont.

Każda godzina spędzona na czymś  innym niż gra wydawała się jej nie tylko bezsensowną stratą czasu, ale i powodowała fizyczne objawy: zlewny pot, drżenie rąk, suchość w ustach czy niemożność skoncentrowania się.

Wszystkie znikały, gdy tylko Marianna zasiadała do gry. „Hazardzista, który wejdzie do kasyna z ciężką grypą, po 10 minutach ma 36,6 st. C i zero objawów. Jakby właśnie połknął najskuteczniejszą na świecie aspirynę” – mówi.