Prawie pusta sala rozpraw. Żadnych świadków, żadnej publiczności, jedynie sąd i strony. Skazany – trzydziestokilkuletni brunet, którego obecność tutaj nie jest obowiązkowa. Widocznie bardzo chciał być świadkiem ogłoszenia decyzji sądu o wyroku łącznym dwu jego procesów. W takich sprawach sąd decyduje na podstawie akt, a prawdę mówiąc, jedynie opinii o więźniu, nadesłanej przez zakład karny, w którym on przebywa. Karę łączną sędziowie określają na wniosek skazanego, gdy wyroki zapadły co najmniej w dwu jego podobnych przestępstwach, i zwykle jest ona nieco niższa, niż to wynika ze zwykłego zsumowania. Dlatego więźniowie ubiegają się o taką procedurę.

Opinia więzienia o skazanym jest raczej pozytywna. Robert Widera nie sprawia kłopotów, nie wyróżnia się niczym szczególnym poza silną więzią z rodziną, zwłaszcza z dwoma córeczkami. Jestem przekonana, że 99 proc. składów sędziowskich zmniejszyłoby mu ad hoc karę za dwie zbrodnie (6 i 8 lat) co najmniej o rok, a może i półtora ze względu na miłość do dzieci. Dziecięca krzywda (pozbawienie ojca na kilkanaście lat) zmiękcza serca najbardziej twardych sędziów. I nie wiedzieliby wówczas, kim jest ten anonimowy przystojny więzień i jaką drogą doszedł do zbrodni. Tym razem jednak jeden z ławników nie pożałował swojego czasu i przejrzał wcześniej akta. Nieznany skazaniec okazał się podopiecznym i przyjacielem gangstera, zabójcy ministra sportu Jacka Dębskiego. Młody Widera i starszy Maziuk wspólnie pracowali dla Jeremiasza Barańskiego z Wiednia, czyli razem popełniali przestępstwa.