Znacie Stalkera? To bohater filmu Andrieja Tarkowskiego. Przewodnik nielegalnie przeprowadzający chętnych przez tajemniczą Zonę do Miejsca, w którym spełniały się podświadome pragnienia. Sam się tam nigdy nie zapuszczał. „Wszedł kumpel, chciał prosić o zdrowie dla brata przed operacją. Jak wrócił, wygrał w totka wielką kasę, brat umarł. To było dla niego najważniejsze, forsa była jego marzeniem. Ja nie chcę się przekonać, co we mnie tkwi” – tłumaczył.

Czy zdecydowalibyście się na podróż, u której kresu poznalibyście swoje podświadome pragnienia? Są psychiatrzy, którzy twierdzą, że tylko taka wiedza może nas wyzwolić. Są i tacy, którzy uważają, że kluczem do owego Miejsca w podświadomości są psychodeliki – psychoaktywne substancje w większości cywilizowanych krajów uznane za nielegalne. Ich nazwy kojarzą się raczej z dilerami niż z gabinetem psychiatry. Czy słusznie?

Czytaj więcej: Skąd się biorą halucynacje?

 

Wszechogarniająca empatia

Kilka miesięcy temu zmarł jeden z głównych orędowników substancji psychoaktywnych –Aleksander „Sasza” Shulgin. Uważają, że te substancje byłyby nieocenioną pomocą dla psychoterapeutów: przy leczeniu depresji, stanów lękowych czy w zmaganiach z zespołem stresu pourazowego. „MDMA to aspiryna dla duszy” – przekonywał sam Shulgin. Kłopot jednak w tym, że niewielu poważnych badaczy podjęło się sprawdzenia skutków ubocznych psychodelików. O samej ekstasy wiemy dziś, że zaburza w mózgu  poziom neuroprzekaźnika serotoniny, uszkadza pamięć, a może dokonuje nawet fizycznych zniszczeń w tkance nerwowej. Naukowe badania dotyczące terapeutycznego użycia substancji psychoaktywnych pochodzą głównie z lat 60. i 70. i nie są szeroko cytowane.

 

Kto robi zły PR?

Psychodeliki zaczęto badać w laboratoriach w 1943 roku, gdy pracujący dla szwajcarskiego koncernu farmaceutycznego chemik Albert Hofmann zsyntetyzował LSD. Na początku podobne substancje były nazywane psychomimetykami, bo wywoływały objawy podobne do schizofrenii czy innych chorób psychicznych. Dopiero w 1957 roku brytyjski psychiatra Humphry Osmond zaproponował nazwę „psychodeliki” od greckich słów psyche – „umysł” i delein – „ukazywać, objawiać”, czyli w wolnym tłumaczeniu „objawiający umysł”. Uznał bowiem, że związki te pozwalają zajrzeć w głąb naszej psyche, wywołując doświadczenia zdecydowanie różne od zwykłe-go stanu umysłu: halucynacje, odmienne stany świadomości. Doświadczenia porównywane z transem, medytacją czy marzeniami sennymi.

Tak oto psychiatrom – zwłaszcza tym z nurtu psychoanalitycznego – trafiła się gratka: okazja do wejrzenia w naszą podświadomość nie poprzez żmudne i obarczone błędem opowiadającego analizowanie marzeń sennych, ale przez rodzaj umysłowej wiwisekscji – oto nasz umysł pokazuje się od podszewki. Wystarczy zażyć pigułkę. Trudno się dziwić, że w owym czasie powstało blisko tysiąc prac na temat zastosowań psychodelików w psychiatrii. Próbowano nimi także leczyć chorych na schizofrenię, depresję czy alkoholizm.

Badaniom tym niestety nie robią dobrej prasy eksperymentatorzy działający na granicy nauki i pseudonauki (a nawet często robiący dalekie wycieczki na „czarną stronę mocy”). Do takich należał na przykład uczeń Zygmunta Freuda Wilhelm Reich, który zasłynął głównie jako „odkrywca” orgonu, czyli „podstawowej energii kosmicznej”. Eksperymentował ze środkami chemicznymi mającymi dać lepszy wgląd w podświadomość. To, że w jego badaniach było coś na rzeczy, wyznawcy teorii spiskowych wnoszą ze spalenia przez FBI pracowni badacza i zniszczenia jego prac.

Zdarzało się również wcale nierzadko, że badacze psychodelików „odjeżdżali”: jak choćby psycholog z Harvardu Timothy Leary uznawany za jednego z inicjatorów ruchu hipisowskiego. Badał LSD i psylocybinę, aż w końcu założył Ligę Duchowych Odkryć, religijną organizację, która za sakrament uważała zażycie LSD. Zachęcał też innych do zakładania własnych religii opartych na psychodelikach. Działo się to jeszcze w czasach, kiedy posiadanie takich substancji nie było nielegalne (do czego poczynania Leary’ego bardzo się zresztą przyczyniły).

Inną kontrowersyjną postacią jest Stanislav Grof, amerykański psychiatra czeskiego pochodzenia, który zasłynął z psychoanalizy z użyciem LSD. Poddawał pacjentów kuracji nazwanej przez siebie turbopsychoanalizą. Twierdził, że już po kilku spotkaniach osiąga efekty, które klasyczna psychoanaliza daje po latach terapii. Czy rzeczywiście? Trudno znaleźć poważnych badaczy gotowych to zweryfikować, musieliby się bowiem zmierzyć z teoriami Grofa na temat doświadczeń bliskich śmierci, które są według niego odblokowanymi z podświadomości wspomnieniami narodzin (tunel ze światłem na końcu ma być wspomnieniem kanału rodnego). Powiedzmy szczerze: nie ma chętnych, którzy postawiliby swą naukową wiarygodność wobec takich pomysłów.