Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że porzucić obrany wcześniej cel to nic wielkiego – cóż, może się on okazać niezgodny z naszymi oczekiwaniami czy wartościami i wtedy po prostu obieramy sobie inny. W praktyce wcale nie jest tak łatwo, bo przeszkadza nam w tym pewna – zdawałoby się – pozytywna cecha: wytrwałość.

Każdy, kto obejrzał głośny film „Zjawa” z przejmującą rolą Leonardo DiCaprio jako Hugh Glassa, XIX-wiecznego trapera i pioniera na terenach dzisiejszej Południowej Dakoty, musi zadać sobie pytanie o granice ludzkiej wytrwałości. O tym, jaką się za nią płaci cenę, świadczy wyraz oczu głównego bohatera w końcowej scenie dramatu, kiedy poraniony przez niedźwiedzia po przejściu 320 km w ciągu 6 tygodni dociera do celu. W spojrzeniu można wyczytać nieme pytanie: „Po co to wszystko?” (dziesięć lat po historii opowiedzianej w „Zjawie” Hugh Glass zginął w potyczce z Indianami Arikara). Mit „dzielnej małej ciuchci”, która z determinacją jedzie do przodu, nie zważając na przeszkody, zmęczenie, zniechęcenie, brak siły, byle osiągnąć cel, to podstawa american dream, bez którego nie byłoby dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.

„Skrupulatność, nastawienie na cel, realizacja zadań mimo piętrzących się przeszkód – to postawa pożądana w biznesie i promowana podczas wielu szkoleń – mówi Paweł Pilich, psychoterapeuta, coach i trener z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. – Do biznesu w dużej mierze przeniknęła z amerykańskiej tradycji osadniczej, następnie rozwijanej przez XIX-wiecznych self-made manów w licznych poradnikach sukcesu”. Trudno sobie wyobrazić osadnika zagospodarowującego dzikie przestrzenie czy właściciela fabryki samochodów mówiącego sobie „nie chce mi się”. Co by się wtedy stało?

 

Kiedy lepiej zejść z obranej drogi

 

Dr Ewa Grzeszczyk, tragicznie zmarła socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w książce „Amerykański sen” pisała, że prawzorem wszystkich wytrwałych i pracowitych ludzi jest Benjamin Franklin, człowiek, o którym napisano tomy i którego przykład wydaje się archetypem przemiany „od pucybuta do milionera”. Gdyby Franklinowi zabrakło wytrwałości, nikt nigdy by o nim nie usłyszał. Zniknąłby w przeciętności.

Podobnie jak Stephen King, autor thrillerów, który gdyby zniechęcił się kilkudziesięcioma odmowami ze strony wydawców (każdą z nich nabijał na gruby hak na ścianie swojego pokoju), byłby pewnie do dzisiaj nauczycielem w jednym z liceów w stanie Maine, a świat nie poznałby „Lśnienia”. Odmowy wydawców wytrwale znosiła także J.K. Rowling, autorka „Harry’ego Pottera”. Universal i United Artists odrzuciły propozycję sfilmowania „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa, a Twentieth Century Fox dały mu na odczepnego 3 mln dolarów, nie wierząc w sukces filmu. „Blade Runner” Ridleya Scotta był początkowo klapą kinową. Dopiero po kilku latach zaczął zdobywać popularność. Beatlesi wydeptali sporo ścieżek do wytwórni płytowych, zanim znaleźli Parlophone (wytwórnia Decca do tej pory pluje sobie w brodę). Pierwszy singlowy przebój Davida Bowie „Space Oddity” przeszedł zupełnie niezauważony, spotkał się z uznaniem dopiero, kiedy został powtórnie wydany z okazji lądowania człowieka na Księżycu, a Davidowi Bowie dziesięć lat zajęło zrobienie solowej kariery. To się nazywa wytrwałość!

Ale historia jest także pełna przykładów odwrotnych – takich, które przekonują, że zejście z obranej drogi ma czasem głęboki sens. Walt Disney pracował dla gazety „Kansas City Star”, ale został zwolniony za brak wyobraźni i kreatywności – musiał więc znaleźć inną drogę życiową i cały świat wie, dokąd go zaprowadziła. Gdyby Elvis Presley nie porzucił posady kierowcy ciężarówki, tylko wytrwał w tym zawodzie – nigdy nie zaśpiewałby „In the Ghetto”, a Sean Connery nie zostałby najsłynniejszym Szkotem kinematografii, gdyby w porę nie porzucił podnoszenia ciężarów. Jay Kay próbował dostać się do zespołu Brand New Heavies, a kiedy nie przyjęli go po przesłuchaniu, pomyślał, że założy swoją grupę. I tak powstał Jamiroquai.