W 1588 roku wielki książę Ferdynand I Medyceusz założył we Florencji Opificio delle Pietre Dure. Początkowo placówka ta zajmowała się produkcją przedmiotów z kamieni półszlachetnych, w XIX wieku zmieniła jednak profil i dziś jest jednym z najsłynniejszych ośrodków renowacji i konserwacji dzieł sztuki na świecie. W skład instytutu wchodzi m.in. nowoczesne laboratorium naukowe, muzeum, biblioteka pełna unikatowych tekstów oraz szkoła, ucząca zawodu na najwyższym poziomie. Specjaliści z Opificio są mistrzami w swoim fachu. W skład liczącej sto osób ekipy wchodzi m.in. pięćdziesięciu konserwatorów, sześciu historyków sztuki, archeolog, czterech fotografów, trzech chemików, trzech biologów i fizyk. Mimo ponad 400-letniej tradycji szacowna.

Opificio nie unika najnowszych technologii. To właśnie tam przed 20 laty po raz pierwszy zastosowano laser erbowy – dziś powszechnie używany do oczyszczania przedmiotów z kamienia. Do dyspozycji pracowników jest m.in. mikroskop elektronowy, tomograf komputerowy i aktywna kamera na podczerwień – wykorzystanie tych urządzeń pozwala później uniknąć błędów podczas konserwacji i gwarantuje, że prace zostaną wykonane precyzyjnie. Zanim konserwatorzy przystąpią do pracy, każdy obiekt prześwietlają rentgenem, by poznać jego strukturę i stan – dzięki temu mogą się dowiedzieć, z ilu warstw i fragmentów jest wykonany przedmiot, gdzie występują łączenia. Prześwietlenie pokazuje też, czy figura jest w środku pełna czy pusta. Można nawet dostrzec kanały wydrążone przez korniki – jeśli istnieją – należy je zaimpregnować (nie widać ich gołym okiem, ponieważ owady żerują pod warstwą farby). Peter Stiberc, konserwator rzeźby drewnianej, także prześwietlił polichromowaną rzeźbę Chrystusa, wykonaną przez Donatella, zanim wybrał metodę konserwacji, która w tym przypadku byłaby najodpowiedniejsza. To niezwykle ważne, bowiem jego błąd mógłby narazić na szwank cenną, liczącą ponad 600 lat rzeźbę, pochodzącą z kościoła Świętego Krzyża we Florencji. To świątynia szczególna, zwana często Panteonem, spoczywają w niej bowiem szczątki wielu osobistości Florencji, m.in. Michała Anioła, Dantego Alighieri i Galileusza. Kościół zdobią unikatowe dzieła sztuki oraz freski Giotta.



Być może już niedługo studenci stomatologii w Japonii nie będą musieli kaleczyć prawdziwych pacjentów. Na Międzynarodowej Wystawie Robotów w Tokio w grudniu 2007 roku zaprezentowano bowiem humanoidalnego robota dentystycznego. Mechaniczna pacjentka o imieniu Simroid potrafi słuchać i wykonuje rozmaite polecenia – otwiera usta, odwraca głowę na boki. Reaguje jak żywy człowiek, uśmiecha się, mruga oczami, a jej twarz wyraża wiele emocji. Dzięki czujnikom w ustach Simroid reaguje na wszystkie błędy dentysty – unosi dłonie, krzywi się i narzeka: „to bolało”. Wiadomo, kiedy robot przypomina człowieka, łatwiej nawiązać z nim kontakt. Dlatego producent liczy, że jego Simroid nauczy praktykujących dentystów, jak obchodzić się w przyszłości z prawdziwymi pacjentami.

Simroid jest potomkiem Actroida (actor android). Zaprezentowany po raz pierwszy w 2003 roku, został zaprojektowany przez naukowców z uniwersytetu w Osace i wykonany przez firmę Kokoro Dreams. Rozumiał wypowiadane słowa, umiał prowadzić rozmowę w czterech językach: chińskim, koreańskim, angielskim i japońskim. Od tamtej pory powstało kilka modeli, każdy prezentuje się znacznie naturalniej od poprzednika, niektóre potrafią nawet „oddychać”. Producent sugeruje, że actroidy mogłyby w przyszłości wyręczać ludzi w supermarketach, w recepcji, w punktach informacyjnych, barach, biurach czy muzeach. Podobnie jak inne nowoczesne technologie, humanoidy są wciąż jedynie kosztowną ciekawostką. Actroida nie można na razie kupić, ale można go wynająć na pięć dni za 3.500 dolarów.



Amerykański antropolog Johan Reinhard, specjalista od kultur andyjskich i himalajskich, wybitny autorytet w sprawach rytualnych ofiar z ludzi, to istny łowca mumii. W roku 1995 wraz z Peruwiańczykiem Miguelem Zatrate odkrył na szczycie wulkanu Ampato w Peru, na wysokości 6200 m n.p.m., doskonale zachowane zmumifikowane ciało 14-letniej dziewczynki, nazwanej przez naukowców Lodową Panienką (Ice Maiden) lub Juanitą. Leżała w pozycji embrionalnej, owinięta tkaninami. Jej twarz była mocno wysuszona przez słońce, lecz ciało pozostawało w znacznej mierze zamrożone – dzięki temu naturalnie się zmumifikowało i jest jedną z najlepiej zachowanych mumii obu Ameryk prekolumbijskich. Szczątki Juanity wysłano do Stanów Zjednoczonych i Japonii. W Johns Hopkins Hospital w Baltimore poddano je szczegółowym badaniom. Prześwietlenie wykonane przy użyciu tomografii komputerowej pozwoliło ustalić, że dziewczyna zginęła od uderzenia w głowę, a nie jak wcześniej sądzono – od uduszenia. Została złożona w ofierze bogom gór 500 lat temu. Była wybranką – Inkowie wierzyli, że bogom należy oddawać rzeczy najcenniejsze, także najzdrowsze dzieci o nieskazitelnym ciele, pochodzące z najznamienitszych rodów. Droga na szczyt była długa i wyczerpująca – pielgrzymka kierowała się na szczyt w linii prostej. Dzieci w marszu wspomagano piwem i koką. Na górze kapłan zadawał im śmiertelny cios lub dusił. Czasami czekano, aż stracą przytomność i jeszcze żywe składano w komorze ofiarnej. Uśmiercone stawały się posłańcami, którzy zaniosą bogom przesłanie od ludzi.

Reinhard powrócił w Andy w roku 1999 z kilkunastoosobową ekipą. Na szczycie wulkanu Llullaillaco w Argentynie odkrył dobrze zachowane ciała trójki dzieci wraz z bogatym wyposażeniem (35 posążków ze srebra i złota, sandały i naczynia z pożywieniem). Chłopiec siedział z podkurczonymi nogami, owinięty sznurem. Twarz jednej z dziewczynek nosiła ślady porażenia piorunem. Badania, wykonane przy użyciu aparatury rentgenowskiej i tomografii komputerowej, wykazały, że w płucach jednej z dziewcząt zachowała się krew, a organy wewnętrzne pozostały nietknięte.

Tomograf komputerowy okazał się też nieoceniony przy ustaleniu tożsamości sześciu anonimowych mumii kobiecych z Doliny Królów w Egipcie. Prześwietlenie wykonane w 2007 roku pozwoliło zidentyfikować długo poszukiwane szczątki królowej Hatszepsut.