Podczas jednego ze światowych kongresów radiologicznych francuski lekarz pokazał swoim kolegom po fachu zdjęcie rentgenowskie kości dłoni i zwrócił ich uwagę na palce: „Proszę zgadnąć, ile lat ma pacjent i czym się zajmuje”. Po krótkiej dyskusji o zwyrodnieniach stawów lekarze zgodnie stwierdzili, że dłoń należy do 50–55-letniego mężczyzny, który całe życie ciężko pracował fizycznie, jak górnik czy budowlaniec. Odpowiedź ich zaskoczyła: „Nieprawda! To dłoń 22-letniego mistrza świata we wspinaczce sportowej!”. Taką cenę trzeba czasem płacić za uprawianie dyscypliny, w której kości, stawy i mięśnie muszą sprostać niewyobrażalnym dla zwykłego śmiertelnika obciążeniom.

PO KRAWĘDZI ZAPAŁKI


Niezależnie od tego, czy wspinamy się w skałkach, na sztucznych ściankach czy po obiektach przemysłowych, toczymy zażartą walkę z grawitacją. Do dyspozycji mamy tylko gołe ręce (rękawice osłabiłyby zdolność wyczuwania powierzchni skały, a to prosta droga do kłopotów) i stopy w specjalnych butach. Możemy wykorzystywać wyłącznie naturalną rzeźbę skały lub fakturę ściany – nie łapiemy się haków, nie stajemy na nich butami, nie jesteśmy (wbrew obiegowym opiniom) wciągani na linie przez partnera. Lina, haki i karabinki to jedynie zabezpieczenia na wypadek odpadnięcia od ściany, czyli „walnięcia”.

Im mniejsze i mniej wygodnie rozmieszczone chwyty i stopnie i im bardziej oddalone od siebie, tym trudniejsza droga. Zdarzają się takie, na których trzeba łapać się dziurek mieszczących tylko czubek palca, stawać na czymś, co przypomina przylepione do szyby zapałki, albo zawisać w skalnym suficie, trzymając się stalaktytów. Często mniej doświadczeni wspinacze (nie mówiąc o laikach) nie wierzą własnym oczom, kiedy widzą w akcji wytrawnych „łojantów”. Nic więc dziwnego, że wspinaczka uznawana jest za niesłychanie złożony sport. „Potrzebna jest do niego technika, czynniki psychologiczne (jak odporność na stres i motywacja), doświadczenie, zaufanie do partnera, czasami szczęście, spostrzegawczość, ale też oczywiście i siła, i wytrzymałość” – pisze Tony Yaniro, jeden z mistrzów skały.

ZWIS NA ŚCIĘGNIE


Gdyby przejście drogi w skałkach porównać z wchodzeniem po drabinie, to byłby to wysiłek typu głównie wytrzymałościowo-siłowego, angażujący mięśnie przedramion, ramion, obręczy barkowej, pleców i w ogromnym stopniu nóg. Wszystko się komplikuje na trudnej drodze. Gdy szczeblami „drabiny” są malutkie stopnie, wspinacz staje na nich tylko czubkami palców. Bardzo często wtedy zdarza się tzw. telegraf – zwłaszcza na początku sezonu, kiedy kondycja jest słaba, lub na początku kariery, kiedy słabe jest wszystko. Mięśnie łydek są napięte do tego stopnia, że przestaje do nich dopływać krew i zaburzone zostaje przekazywanie impulsów elektrycznych w nerwach. Skutkiem tego są mimowolne drgania nóg, przenoszące się na całe ciało wspinacza, który podskakuje jak starożytny klucz telegraficzny pod ręką sprawnego depeszowca.

Jeśli droga jest przewieszona – wiedzie np. przez sufit skalnej groty – największym obciążeniom poddawane są nie nogi, lecz ręce, a zwłaszcza stawy i ścięgna palców. Jak dużym? Gdy zwisamy na drążku, ciężar ciała (załóżmy, że 70 kg) rozkłada się na środek dłoni i wszystkie palce. W rezultacie na czubek każdego palca wywierany jest nacisk rzędu 1 kg. Tymczasem na wielu drogach – np. w Jurze Krakowsko- Częstochowskiej – są miejsca, w których wspinacz musi „zadać z faka”, czyli utrzymać ciężar całego ciała na najsilniejszym, środkowym palcu. Wówczas końcówka tego palca – a więc i kości, mięśnie czy ścięgna w nim zawarte – musi znieść kilkudziesięciokrotnie większe obciążenie niż na drążku!

Nic dziwnego, że trening wspinaczkowy daje po latach żelazny uścisk dłoni. Z badań dr Małgorzaty Kusztelak z warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego wynika, że przeciętny wspinacz ma co najmniej około 40 proc. silniejsze palce od niewspinającego się rówieśnika (4,59 N/kg versus 3,31 N/kg). Badania rentgenowskie wykazują też, że takie obciążenia prowadzą do niespotykanego u innych ludzi pogrubienia paliczków i innych kości dłoni.

MASAKRA W DŁONI