Gdy w  2008 roku władze Miami Beach zamknęły dla ruchu zachodni odcinek Lincoln Road, najpopularniejszego deptaka w mieście, stało się oczywiste, że klienci znajdujących się tam ekskluzywnych butików będą potrzebowali nowego miejsca, w którym pozostawią samochody na czas zakupów.

Domek z kart

Tę okazję jako pierwszy wykorzystał lokalny przedsiębiorca Robert Wennett. Kupił niewielką działkę na końcu ulicy, na której stał już budynek banku z lat 60., i zaprosił słynnych architektów z pracowni Herzog and de Meuron do sporządzenia projektu jego przebudowy tak, by obok zmieścił się jeszcze wolno stojący parking na 300 aut. Szwajcarzy postawili obiekt na dawnym placu przed wejściem do banku i  połączyli oba budynki wspólną klatką schodową. Garażowi nadali formę przypominającą domek z  kart, ale o różnej wysokości kolejnych poziomów. Również żelbetonowe słupy konstrukcyjne mają różne kształty i kąty nachylenia. Na parterze znalazły się sklepy i lokale usługowe, na czwartym piętrze szklany kubik, w którym swoje najnowsze kolekcje prezentują projektanci mody Rick Owens i Martin Margiela czy wytwarzająca luksusowe dodatki firma Chrome Hearts, a na dachu dodatkowo penthouse z  prywatnym ogrodem, z którego można dostać się na dach przebudowanego banku. Tu z kolei zaplanowano restaurację z tarasem widokowym i… basen. 

Niezwykły parking stał się kolejną atrakcją Miami i jednym z ulubionych miejsc amatorów miejskiego joggingu. Przedsiębiorczy inwestor zadbał tu o każdy szczegół. Do promocji zatrudnił specjalistów z Wolff Olins, jednej z największych firm zajmujących się kreowaniem marki (to oni są autorami hasła Polska! Year i strategii wizerunkowej naszego kraju podczas Roku Polskiego w Wielkiej Brytanii), a do urządzenia zieleni wokół – wielokrotnie nagradzanego architekta krajobrazu Raymonda Junglesa. Dzięki temu w surowej garażowej scenerii odbywają się nie tylko sesje fotograficzne czy promocje najnowszych filmów, ale też imprezy firmowe, wesela i bar micwy oraz organizowane są wystawy sztuki (jedną z instalacji w budynku zaprojektowała zresztą polska artystka Monika Sosnowska). „Obiekt nie został zaprojektowany, by być jedynie garażem, ale jako miejsce różnych miejskich aktywności” – mówi Wennett.

Latające spodki

Sukces przedsięwzięcia ośmielił lokalne władze. Pod koniec ubiegłego roku rozstrzygnęły konkurs na projekt kilkukondygnacyjnego parkingu, który miałby stanąć kilka przecznic dalej na północ, nieopodal rozległego parku i najważniejszych instytucji kulturalnych w Miami. Wygrała Zaha Hadid, proponując spiralną, ósemkową konstrukcję, z poziomu ulicy przypominającą kilka latających spodków, które wylądowały jeden na drugim. „Zawsze fascynowały mnie wielopoziomowe, wolno stojące garaże. Podoba mi się sam pomysł wprowadzania ulicy do budynku i tworzenia w ten sposób nowej przestrzeni miejskiej” – tłumaczy Hadid. Realizacja tego pomysłu będzie kosztować 12,5 miliona dolarów. Ale to i tak dużo mniej niż kompleks 1111 Lincoln Road Herzoga and de Meurona. Za przebudowę banku, nowy garaż i jednopiętrowy biurowiec obok firma Roberta Wennetta zapłaciła w sumie 65 milionów.

Budowa parkingów ma  jednak sens tylko wtedy, gdy towarzyszy im oddawanie kolejnych ulic jedynie dla ruchu pieszego, w przeciwnym razie – co podkreślają urbaniści – przypomina to próby rozwiązania problemów z nadwagą poprzez popuszczanie pasa. Transport samochodowy odpowiada za zanieczyszczenie powietrza i przyczynia się do coraz częstszego zapadania na choroby układu oddechowego. Zakorkowane ulice i zastawione samochodami chodniki powodują też, że przestrzeń publiczna staje się nieprzyjazna pieszym, czego konsekwencją jest zamieranie życia w śródmieściach metropolii. Warszawiacy już dziś muszą na każdym kroku przeciskać się między samochodami, których właściciele parkują nawet na trawnikach. Nasze miasta nie pomieszczą więcej aut. Słynny duński urbanista Jan Gehl, dzięki któremu dla ruchu kołowego udało się ostatnio zamknąć m.in. Broadway i 9. Aleję w Nowym Jorku, twierdzi, że to choroba wieku dziecięcego. W Polsce, podobnie jak w Chinach i Indiach samochód to wciąż oznaka prestiżu. Musi minąć jeszcze kilka lat, aby zadziałał u nas model znany choćby z Kopenhagi. Tam nawet członkowie rządu i rodziny królewskiej podróżują po mieście rowerem. To rezultat prowadzonego od lat 60. programu ograniczania ruchu samochodowego w centrum, likwidacji miejsc parkingowych i urządzania w ich miejscu kolejnych placów, skwerów i parków oraz wytyczania ścieżek rowerowych i pieszych pasaży. 

Odzyskiwanie przestrzeni dla spacerowiczów i rowerzystów to długotrwały proces. Gehl twierdzi, że jeśli co roku zniknie kilka procent miejsc parkingowych, mieszkańcy tego nie zauważą, a jest nadzieja, że zmieni się ich sposób myślenia i chętniej przesiądą się z samochodu na rower. Podobne programy wprowadzają stopniowo największe polskie miasta. W tym roku dla ruchu zostanie zamknięty plac Solny we Wrocławiu, a za trzy lata cały obszar między fosą a Odrą. Plany wyrzucenia aut z zabytkowego śródmieścia ma Gdańsk i Poznań, a Warszawa od 2015 r. pobierać będzie opłaty za wjazd do centrum.