Właściwie chcę się trzymać jak najdalej od alpinistów. Nie życzę sobie aby jeździli tą samą windą co ja i kupowali pory w warzywniaku na dole. Niech zamieszkają sobie w górach, jeśli tam im się tak podoba. Ta niechęć bierze się z egoizmu i lęku przed stratą. Gdy kogoś kocham (przyjaźń to też kochanie), gdy jestem blisko to nie życzę sobie aby coś stało coś ponad tą miłością, by mogło nas rozdzielić coś ważniejszego. Góry są ważniejsze. Tak trudno rywalizować z ośmiotysięcznikiem. On jest duży, a ja malusieńki. Strata kochanej osoby pozostawia dziurę w sercu, której nic nie zapełni, a ból w pierwszych miesiącach niemal odbiera rozum (mi już raz odebrał). Piszę te słowa i zerkam w Internet. Ojciec Tomasza Mackiewicza właśnie powiedział, że jego syn najpewniej żyje. Ma 99 procent tej pewności.

Myślę  o tym ojcu, o jego niezłomnej wierze, o jego niewyobrażalnym cierpieniu.

Myślę też o innych ludziach, którzy nagle ogłosili się ekspertami od wspinaczek wysokogórskich, od moralności i finansowania ekip ratunkowych, słowem o tej bandzie tępaków bredzących na prawo i lewo, że himalaista to egoistyczny dureń i nie powinno się go ratować, skoro z własnej woli poszedł na pewną śmierć. Niech sobie siedzi tam w zimnie i umiera. Chciał to ma. A my zamówmy sobie latte. Potem odbierzemy dzieci z przedszkola. Wieczorem obejrzymy „Narcos” i wypijemy prosseco na pół, bo żyjemy przecież mądrze i przyjemnie.

Wydaje mi się, że ludzkie życie nie ma ceny, a jeśli nawet ma, nie my powinniśmy ją określać. Jakie wyznaczniki powinniśmy przyjąć? Czym się kierować w takie wycenie? Czy życie idioty (ktoś, kto pcha się na ośmiotysięcznik w kategoriach bezwzględnych niewątpliwie jest idiotą) jest warte mniej niż człowieka mądrego? Ilu głupców więc zrównoważy Sokratesa? Dlaczego nie ściągamy ludzi z gór, a jednak strażacy pędzą do kotka na drzewie? Mogę mnożyć pytania. Myślę, że wiecie o co mi chodzi. Życie każdego człowieka powinno się ratować bez patrzenia na rozum i finanse.

Byłem kiedyś świadkiem tego, jak kompletnie napruty człowiek wleciał pod tory. W pamięci utkwiły mi dwie blade, wytatuowane ręce wystające ze szczeliny między pociągiem i peronem. Pijakowi oczywiście nic się nie stało. Sokista zaraz go wyciągnął. Pijak stanął, rozejrzał się po dworcu półprzytomnym wzrokiem, a sokista walnął go w gębę i to tak, że ten nogami się nakrył. Rozumiem tego sokistę i sam, postawiony w podobnej sytuacji zachowałbym się podobnie. Ważna jest jednak kolejność wydarzeń. Sokista najpierw wyciągnął tego cymbała spod kół, a dopiero potem mu przysolił.

Żyjemy w czasach egoistycznego indywidualizmu i dyktatury marzeń.

Zewsząd słyszę o powinności realizowania siebie, o zdobywaniu nowych lądów, że zawsze i wszędzie możemy wszystko, że życie jest jedno, że ja sam jestem ogromną wartością i tym podobne bzdury. Alpinizm jest niczym więcej jak tylko konsekwentnym wcielaniem tych pomysłów w życie. Skoro każdy bez przerwy powtarza, że powinniśmy podążać za marzeniami bez względu na konsekwencje, a Internet pęka od coachingu wszystkiego to nie należy się dziwić, że Mackiewicz i jemu podobni obracają rozmarzone oczy ku ośmiotysięcznikom. Nie twierdzę oczywiście, że alpiniści swojej pasji nauczyli się od Michała Wawrzyniaka. Po prostu (powtórzę) żyjemy w kulturze gdzie indywidualna samorealizacja jest jedną z naczelnych wartości. No to się samorealizują, tak samo jak ja czy ty. Dlaczego więc nas to złości? Czy dlatego, że alpinizm ujawnia nicość takiego egoizmu, pustkę naszych własnych celów? To całkiem możliwe.

Jest coś jeszcze, coś ważniejszego. Mogę sobie prowokacyjnie mówić, że alpiniści są idiotami, choć przecież naprawdę tak nie sądzę. Jeśli nawet, jest to piękny, romantyczny idiotyzm. Tak naprawdę jednak nie wiem co o nich myśleć i dziwię się wszystkim, którzy wiedzą i palą się do oceniania.

Otóż, nigdy nie stałem na szczycie góry, takiej prawdziwej, bo najwyżej wydrapałem się na Giewont i to z trudem. Nie mam pojęcia jak to jest szturmować szczyt przez sześć, osiem, dwanaście tygodni, nie mam pojęcia czym jest ślepota śnieżna i jak krzyczy człowiek spadający w otchłań. Nie znam tego napięcia, tej samotności więc nie umiem nawet wyobrazić sobie co czuje ktoś, kto po takim wysiłku pokonał górę i dosiadł jej szczytu. Mogę się domyślać, że to nieprawdopodobnie mocne, wspaniałe uczucie, którego nie sposób oddać w słowach. Tak opowiadają o nim alpiniści. Nie potrafią wyrazić tego, co przeżyli. Ja tego nie rozumiem, a ponieważ nie rozumiem, to też nie oceniam. Każdemu doradzam by postępował właśnie w ten sam sposób.

Nie staliśmy na szczycie. Może dla takiej chwili naprawdę warto umrzeć?

Łukasz Orbitowski