Leżeli obok siebie, przez chwilę oboje nieruchomi na kocu rozłożonym na bałtyckiej plaży. Ale już po minucie on usiadł, potem wstał, wyjął telefon i zaczął, jak jej wytłumaczył, oddzwaniać – do kolegi z pracy, żeby mu opowiedzieć o kliencie X. Do mechanika samochodowego, żeby się dowiedzieć, co ze sprzęgłem. Do pracownika, żeby go, jak sam powiedział, „pogonić do roboty”. W końcu wyjął laptopa i zaczął uderzać w klawiaturę. Morza szum, ptaków śpiew, ekranu blask.

Ona poleżała jeszcze chwilę, potem przeciągnęła się, poszła na brzeg, siadła na mokrym piasku i zaczęła gapić się w morze. Przeszła się kawałek, wróciła, znowu siadła i dalej się gapiła. Weszła do wody, popływała, wzięła z brzegu jakiś kamyk, popatrzyła na niego pod słońce i, trzymając go w zamkniętej dłoni, wróciła na koc.

Pomyślałam, że różnica między nimi – parą, która znalazła się obok mnie na plaży – warta jest opisania. Można powiedzieć, że on jest pracowity, a ona leniwa. Można powiedzieć, że on jest pracoholikiem, a ona skończyła kurs uważności albo ma go we krwi – ale też można popatrzeć na tę różnicę między nimi głębiej. Pomyśleć o tym, jaki jest jego, a jaki jej stosunek do siebie; jak patrzą na siebie i na swoje życie.

Przyglądając się przez takie okulary, można powiedzieć, że on jest człowiekiem, który traktuje siebie jak projekt albo wynalazek, a ona siebie raczej jak odkrycie. Pozwólcie, że wyjaśnię.

 

Komunikat od „prawdziwego ja”

 

Wynalazek to coś, czego wcześniej nie było; stwarzam go od początku do końca. Odkrycie to ujawnienie tego, co już istnieje, ale nie zostało wcześniej ujawnione. Jeśli uważasz siebie za wynalazek, sprawa wydaje się stosunkowo prosta: chcesz siebie wymyślić najlepiej, jak potrafisz, zarządzić sobą, znaleźć dla siebie praktyczne zastosowanie, działać skutecznie.

Uważać siebie za odkrycie to wierzyć, że istnieje coś takiego jak moje „prawdziwe ja”, które mogę odkryć lub nie, być bliżej lub dalej od niego. Suma moich decyzji – a podejmujemy ich, jak pokazują badania Uniwersytetu Columbia, średnio 70 dziennie – przybliża mnie do tego punktu lub od niego oddala. Na gruncie psychologii humanistycznej powstało pojęcie samorealizacji jako najwyższej w hierarchii ludzkich potrzeb.

Tak, potrzebujemy jedzenia, powietrza i poczucia bezpieczeństwa, mówił twórca piramidy potrzeb Abraham Maslow, ale potrzebujemy też poczucia przynależności, szacunku i osiągnięć. A kiedy te potrzeby zostaną zaspokojone, wspinamy się wyżej, w górę piramidy, na której szczycie jest potrzeba samorealizacji – „stania się wszystkim, czym możemy się stać”.

Problem polega na tym, że komunikatów od „prawdziwego ja” nie można odczytać w prosty sposób, tak jak się czyta mail czy SMS. Jeśli uznasz siebie za odkrycie, a nie wynalazek, nie możesz siebie wyguglować ani ściągnąć. Wchodzisz do labiryntu, w którym będziesz się gubić i znajdować na zmianę, wchodzisz na drogę niepewną. Jeśli uznasz siebie za wynalazek, możesz iść do księgarni, kupić poradnik „Jak znaleźć szczęście w 7 prostych krokach” albo, jeśli masz więcej czasu, „Jak odnieść sukces: 10 niezawodnych podpowiedzi”.

 

Wiem kontra nie wiem

 

Jeśli jestem wynalazkiem, dokonując wyborów, nie muszę się odnosić do żadnej istniejącej rzeczywistości, nie muszę wsłuchiwać się w swój wewnętrzny głos – jedyne, o co powinnam zadbać, to skuteczność. Księgarnie i serwery wyszukiwarek pękają w szwach od gotowych odpowiedzi. To są odpowiedzi innych, a nie moje, ale jeśli mam być po prostu fajnym wynalazkiem, dobrze zarządzonym projektem – to nie szkodzi.