Pierwszym celem Boga było, żeby ludzie nie rodzili się z czynu lubieżnego – przekonywał w IV wieku św. Atanazy i wyjaśniał, że dopiero po zerwaniu owocu z drzewa wiadomości dobra i zła prarodzice dostrzegli swą nagość, odczuli „zwierzęce żądze” i zostali skazani na rozmnażanie się przez kontakt płciowy. Grzegorz z Nyssy z kolei w dziele „O stworzeniu człowieka” dopuszczał możliwość odbywania przez Adama i Ewę stosunków seksualnych, ale wyłącznie w celach prokreacyjnych, bez odczuwania jakiejkolwiek przyjemności. Podobny pogląd wyraził święty Augustyn, a rozwinął w IX w. Jan Szkot Eriugena. Ich zdaniem Adam mógł płodzić dzieci, poruszając członkiem jak ręką lub nogą, czyli automatycznie i beznamiętnie.

Cztery stulecia później franciszkanin św. Bonawentura doszedł do wniosku, że pierwsi rodzice sypiali oddziel-nie, nie znali uścisków i pocałunków, a Adam doznawał erekcji nie z powodu pożądania kobiety, lecz przez rozum, który podpowiadał mu, że trzeba się rozmnażać.

Kolejną próbę pogodzenia biblijnego nakazu zaludniania ziemi z wrogością wobec seksu podjął w XVII w. jezuicki filozof i teolog Francisco Suarez. Według niego mieszkańcy raju mogli ze sobą współżyć, nie tracąc cnoty i czystości. Wydedukował, że istniał taki sposób składania nasienia, by samo przenikało przez błonę dziewiczą.

Po wygnaniu z raju wszystko się zmieniło i jeśli ludzkość miała przetrwać, nie mogła się już obyć bez „czynów lubieżnych”. Na szczęście pozo-stała nadzieja, że po zmartwychwstaniu seksu znów nie będzie. Bo – jak wyjaśnił biegły w teologii biskup Paryża Pierre Lombard – zniknie podział na płcie i wszyscy odrodzą się jako istoty doskonałe, czyli mężczyźni.

 

CAŁA LUDZKOŚĆ W JEDNEJ KROPLI

 

Dziś te dociekania brzmią absurdalnie i zabawnie, ale gdy je snuto, nikt nie miał pojęcia, na czym polega zapłodnienie. Dopiero w 1677 r. holenderski konstruktor mikroskopu Antonie van Leeuwenhoek jako pierwszy człowiek zobaczył plemniki. 150 lat później przyrodnik z uniwersytetu w Królewcu Karl Ernst von Baer odkrył komórkę jajową u ssaków i nauka zaczęła poznawać mechanizm powstawania nowego życia. Do tego czasu obowiązywała teoria tzw. preformacjonizmu, według której całkowicie ukształtowany organizm znajduje się w nasieniu ojca, a w łonie matki jedynie wzrasta jak ziarno w ziemi. Zwolennicy tej teorii zdawali sobie sprawę, że ma ona charakter paradoksalny. Wynikało z niej bowiem, że każdy znajdujący się w spermie miniaturowy człowieczek, nazywany niekiedy homonculusem, zawiera w sobie kolejnego, ten następnego i tak w nieskończoność. Teologia znalazła jednak proste rozwiązanie tego dylematu – homonculusów jest tylu, by starczyło ich do końca świata. Wszystkie miał w sobie stworzony bezpośrednio przez Boga pierwszy mężczyzna – Adam.

Z tego rozumowania wynikało, że każda kropla nasienia powinna zostać złożona w kobiecych narządach rozrodczych, a seks dla przyjemności, stosunek przerywany czy masturbacja to niszczenie życia, czyli marnotrawienie Bożego daru. Wszystkie te praktyki zostały więc uznane za grzeszne i zakazane. Jeszcze na początku XX w. Watykan zabraniał katolikom ejakulacji w celu pobrania spermy do badań nad przyczynami bezpłodności.

Równie powszechny jak teoria preformacjonizmu był pogląd, że ilość nasienia jest ograniczona. Dlatego zdaniem ojca medycyny Hipokratesa z seksem nie wolno przesadzać, bo zbyt częste współżycie grozi wysuszeniem mózgu, osłabieniem wzroku, wypadaniem włosów. To dlatego przedwcześnie wyłysiałych mężczyzn uważano za szczególnie wyuzdanych.

Inny wielki lekarz starożytności Galen twierdził, że dzieje się odwrotnie i spermę należy z organizmu usuwać, bo jej nadmiar powoduje szkodliwe napięcie, a nawet obłęd. Teologia chrześcijańska przyjęła jednak bez zastrzeżeń teorię Hipokratesa.