Ten płomień pali się dzięki falom radiowym. Nad naczyniem z posoloną wodą włożonym do generatora fal elektromagnetycznych i poddanym działaniu silnego pola pojawia się ogień. To jednak żadna sensacja. Silne pole osłabia wiązania cząsteczkowe i sprawia, że z roztworu uwalnia się wodór, który w zetknięciu z tlenem pięknie się pali. Energię płomienia można wykorzystać do budowy silnika. Stąd już blisko do myśli o cudzie i remedium na kryzys paliwowy. Byłoby świetnie, gdyby wszystkie V-ósemki wymienić na tak samo mocne turbiny na morską wodę. Niestety, nie nastąpi to prędko. Co prawda zjawisko wzbudziło zainteresowanie chemików, ale są oni już pewni, że jego bilans jest niekorzystny. Wciąż więcej energii trzeba włożyć, aby uzyskać wodór niż da jej sam płomień wodorowy.

Odkrywcą płonącej wody jest Amerykanin John Kanzius. Emerytowany pracownik telewizji i pacjent klinik onkologicznych cierpiący na białaczkę od lat poszukuje sposobu na raka. Jego zdaniem rozwiązanie jest bardzo proste. Komórki nowotworowe należy otoczyć nanocząsteczkami, a następnie poddać działaniu silnego pola elektromagnetycznego. Fale spowodują, że nanocząsteczki „ugotują” raka. Pierwsze badania dowiodły, że generator fal w połączeniu z nanocząsteczkami (złoto lub srebro) działa. Na razie nanocząsteczki trzeba wstrzyknąć w guza. Kanzius chce jednak opracować model kierowanych nanocząsteczek, które same rozpoznałyby komórki rakowe i wokół nich się zgromadziły. John Kanzius zamierza opracować większy prototyp swojego urządzenia, aby móc przebadać jego skuteczność na ludziach. Według specjalistów wymyślona przez niego technologia jest obiecująca. Ale do jej wykorzystania na masową skalę jest jeszcze daleko. Najważniejszy minus, to brak informacji o skutkach ubocznych. h.k.