Pogodą można sterować na różne sposoby: jodkiem srebra rozprasza się mgłę wokół lotnisk, powstrzymuje grad i burze śnieżne, a przede wszystkim wywołuje deszcz. Mistrzami w tych manipulacjach stali się Rosjanie, dbając, by na  defiladę zwycięstwa na placu Czerwonym w Moskwie pogoda była zawsze murowana. Specjalne wojskowe samoloty rozpraszają chmury w promieniu 200 kilometrów od Moskwy, a jeśli już pada, to deszcz się przyspiesza poprzez zasiewanie chmur – z samolotów spuszcza się na nie dziesiątki ton suchego lodu.

Pogodą steruje się już w ponad 50 krajach. Chińczycy mają na etatach blisko 40 tys. ludzi, którzy bombardują chmury, by wywołać lub przegnać deszcz. W USA działa wiele firm oferujących bezchmurną pogodę na życzenie, z kolei Indie, Indonezja, Australia, Tajlandia i inne kraje leżące w strefie monsunów próbują sprowokować większe opady w suchych sezonach. W dolnych częściach chmur, gdzie jest ciepło, rozpylana jest wtedy sól kuchenna, która ma zwiększać rozmiary kropel i zachęcać je do przekształcenia się w deszcz. W górnych – jodek srebra.

Od ponad 60 lat trwa dyskusja na temat skuteczności wywoływania lub powstrzymywania deszczu. Wielu naukowców ma wątpliwości, na ile stosowane metody działają, ponieważ trudno jest jednoznacznie rozstrzygnąć, jak zachowałaby się ta sama chmura, gdyby pozostawić ją w spokoju. Do badań zaprzęga się coraz mocniejsze komputery, nowe satelity oraz radary dopplerowskie, widzące chmurę w trzech wymiarach i rozróżniające rodzaje opadu. Od niedawna badacze sprawdzają też, czy przy pomocy jodku srebra można zimą zwiększyć o 10 proc. opady śniegu w Górach Skalistych, aby na wiosnę było więcej wody pitnej. „To realny cel. Wątpię, czy uda nam się więcej osiągnąć. Wielkich ulew nie wywołamy” – mówi skromnie Roelof Bruintjes z National Center for Atmospheric Research w Boulder, koordynator tego eksperymentu. Nie brakuje jednak ambitniejszych badaczy.

Po szkodach, jakie wyrządziła Katrina w 2005 r., amerykański Departament Bezpieczeństwa Krajowego uruchomił program HURRMIT, którego celem jest poszukiwanie metod walki z huraganami. Większość z nich zasadza się na schłodzeniu rozgrzanej powierzchni oceanu, która daje „napęd” niszczycielskim wirom.

Na morzu i na orbicie

Firma Intellectual Ventures, którą założył i kieruje Nathan Myrvhold, jeden z byłych szefów Microsoftu, zamierza ochłodzić ocean za pomocą rozmieszczonych na wodzie plastikowych kręgów średnicy 100 m. Pod każdym znajdowałaby się rura o podobnym przekroju, sięgająca na głębokość 200 m. Fale morskie wlewające się do wnętrza kręgów wymuszałyby w nich ruch wody w dół. Opadałaby ona, wypychając ku górze zimną wodę. Kręgi nazwano syfonami Saltera, ponieważ wymyślił je prof. Stephen Salter z University of Edinburgh. Uczony podkreśla, że nie zatrzymają one tropikalnego cyklonu, ale mogą osłabić jego moc. Potrzeba do tego tysięcy syfonów, co kosztowałoby 1–2 mld dol. – To sporo, ale wielokrotnie mniej niż straty spowodowane przez największe huragany – podkreśla prof. Salter. Usuwanie szkód po samej Katrinie kosztowało USA ponad 100 mld dol.

Z kolei firma Atmocean stawia na kołyszące się na falach boje, do których doczepia podobne do wachlarzy prostokątne panele. Wypychają one zimną wodę do góry. Urządzenia już są testowane w Oceanie Spokojnym. Inne koncepcje zakładają użycie armady barek albo łodzi podwodnych, przepompowujących wodę. Są wreszcie pomysły wystrzelenia minisatelitów, które osłabiałyby huragan od góry, strzelając w niego strumieniami promieniowania o wysokiej częstotliwości. Energię huraganowi można by też odebrać, pokrywając ocean warstewką oleistej cieczy. Takie eksperymenty prowadzi prof. Kerry Emanuel z MIT.