PECH KANDYDATA NA RABINA

Choć ojciec pragnął, aby syn ukończył normalną szkołę publiczną, matka wymusiła oddanie go do chederu – szkoły religijnej, bo chciała, aby został rabinem. Rebe w szkole uczył czytania modlitewnika, Tory i Talmudu. Aby utrzymać dzieci w ryzach, bił je kańczugiem. Z rzeczy praktycznych uczniowie poznali tylko cztery podstawowe działania matematyczne. Autor „Życiorysu własnego przestępcy” twierdził, że usłyszał w chederze jedynie „głupstwa” o Jahwe i „narodzie wybranym”, natomiast nie dowiedział się, że świat ma cztery strony, i gdzie leży Palestyna. Gdy późniejszy Urke Nachalnik skończył 12 lat, został wysłany do Łomży, do jesziwy – szkoły talmudycznej.

Jego siostrzeniec uczęszczał do szkoły handlowej i chłopiec mu zazdrościł. W jesziwie rano uczniowie się modlili, a potem słuchali wykładów Talmudu. Mały Farbarowicz dowiedział się od rebego, że tylko Żydzi zmartwychwstaną, kiedy nastąpi koniec świata. Goje natomiast nie. Zapytał – dlaczego? Usłyszał, że goje po śmierci od razu idą do piekła. „Głupota rebego” – ocenił po latach. „Wszystko zło pochodzi od kobiet” – ta myśl wielokrotnie pojawia się w książkach Nachalnika i można powiedzieć, że w swoim przypadku miał rację. W Łomży mieszkał na stancji u znajomej matki. Kobieta liczyła 29 lat i miała za męża siedemdziesięcioletniego starca. Wciągnęła do łóżka dwunastoletniego kandydata na rabina. Seks z doświadczoną kobietą doprowadził chłopca do wyczerpania fizycznego i nerwowego. Musiał przerwać naukę i wrócił do domu, aby leczyć ciało i duszę, nadwerężone przedwczesnym życiem erotycznym. Kiedy podleczony powrócił do Łomży, było jeszcze gorzej, bo zmarł stary mąż i wdowa nie miała już żadnych skrupułów, więc kandydat na rabina nie wychodził z jej łóżka. Zaalarmowana rodzina wysłała nastolatka na naukę w głąb Rosji. Tam jednak pech go nie opuścił, bo stołował się u właścicielki domu publicznego. „Życie to pułapka, z której trudno się wydostać” – komentował po latach Urke Nachalnik.

Zrezygnował z kariery rabina. Wysłany przez ojca, aby odebrał pieniądze za mąkę od klienta, zamiast powrócić z 87 rublami, wsiadł w pociąg i nie bardzo wiedząc dlaczego, pojechał do Wilna. Włócząc się po ulicach, poznał rówieśnika, który dowiedziawszy się, że ma pieniądze, zaproponował mu niekrępujący nocleg. Zaprowadził do mieszkania, w którym była młoda kobieta. Kobieta zaprosiła zmęczonego chłopaka do swego łóżka. W nocy jakiś mężczyzna obudził go, szarpiąc i wołając, że zniewolił mu żonę. Został wyrzucony na ulicę nagi i bez pieniędzy. Wtedy zrozumiał, że zwabiono go w pułapkę. Po różnych perypetiach Farbarowicz dostał posadę nauczyciela języka hebrajskiego we dworze pod Wilnem. Tam wdał się w romans z uczennicą, a kiedy odkrył, że sypia ona też z nauczycielem języka francuskiego, ukradł mu portfel i zegarek. Schwytano go z łupem. Z aresztu napisał do ojca list, błagając o pomoc. Ojciec go wykupił, ale kiedy syn padł mu do nóg z płaczem, otrzymał kopniaka. W domu musiał jadać osobno, a ojciec powtarzał, że nie chce go widzieć. Odwrócili się od niego brat i siostra. Po naradzie rodzinnej zabrał go do siebie stryj piekarz, aby wyuczyć zawodu.

Praca w piekarni okazała się zbyt ciężka. Farbarowicz uciekł i związał się z grupą złodziei. Wtedy też po raz pierwszy zjadł wieprzowe skwarki z kapustą. Smakowały, choć jako prawowierny żyd nie powinien ich tknąć. „Najwięcej z zakazanych owoców pociągały mnie kobiety. Ażeby być mile widzianym i trafić im do przekonania, rozumiałem, że trzeba mieć tylko pieniądze, morze pieniędzy”. Więc kradł. Złodziejem był marnym, co i raz zatrzymywała go policja: najpierw carska, potem niemiecka, na koniec polska.