SILNY, ZDROWY, UTALENTOWANY

W 1938 r. Nachalnik opublikował jeszcze po hebrajsku w pięciogroszowych zeszytach przerobiony na prozę spektakl teatralny „Menszen on a Morgen” (Ludzie bez jutra), którą wypuściło na rynek wydawnictwo „Herkules” . W tym samym roku wydawnictwo „Kolektyw” opublikowało, też po hebrajsku, w nakładzie tysiąca egzemplarzy „Majn lebensweg – fun der jesziwe untfise – bis cu der literatur” (Moje życie – od jeszybotu i więzienia – do literatury). Była to książkowa wersja sztuki przeznaczonej dla amerykańskiego aktora Rechtzeita. Jak podaje Marian Fuks w pracy „Żydzi w Warszawie” (Poznań 1992), w latach 1938– –1939 w żargonowej popołudniówce „Hajntige Najes” (Dzisiejsze Nowiny – 75 tys. nakładu), Urke Nachalnik publikował w odcinkach szkice o żydowskim środowisku przestępczym „Tamte ulice…”.

Dzięki jego tekstom wzrósł nakład gazety. Miał więc Nachalnik autentyczny sukces. Melchior Wańkowicz, współwłaściciel „Roju”, choć nie zdobył rękopisu „Życiorysu własnego przestępcy”, wyciągnął z więzienia Sergiusza Piaseckiego i opublikował jego powieści. To był drugi więzień przemieniony w literata. „Ten pierwszy to był Urke Nachalnik” – wspominał Wańkowicz. – „De profundis (łacińskie – z głębin, z otchłani – przyp. A.G.) żydowskiego getta, z ciężkiego więzienia wyciągnięty, wsparty pomocą, rychło odkrył w sobie gusta mieszczańskie, delikatnym rozumem ocenił, że fach przestępcy nie jest lukratywnym fachem. Ożenił się z akuszerką, a wydawnictwo ofiarowało mu jako prezent ślubny szerokie francuskie łoże. Potem zaczął dobrze zarabiać na honorariach z pism amerykańskich”.

W 1934 roku do głośnego autora wybrali się przedstawiciele „Wiadomości Literackich”: krytyk Emil Skiwski, reporter Antoni Wysocki i rysownik Roman Gineyko. Opowieść zatytułowaną „W domu Urke Nachalnika” opublikowano 16 grudnia 1934 roku. Oczekiwał gości na dworcu w Otwocku. Zaprowadził do piętrowej willi (Matejki 1 m. 3). – „Miło jest otwierać drzwi własnym kluczem” – zauważył Urke. Z obszernego hallu wiodły na piętro schody „zasłane dywanem”. Mieszkał „z piękną żoną i figlarnym synkiem”, wyglądał „silnie i zdrowo”. Nachalnik zwierzył się, że na dobrobyt pozwala mu „pokaźny spadek” wytargowany od rodziny, a nie twórczość. Przyznał: – „Piszę dużo za dużo”. A autor reportażu skwitował to tak: „Hojnie płacą w żydowskich dziennikach amerykańskich, bo polskie książki niewiele przynoszą mu dochodu”. Były złodziej, teraz członek Związku Pisarzy Żydowskich, poskarżył się, że młody redaktor „Naszego Przeglądu” odpytywał go „jak przed sądem”. – „Czy jak pan widzi cudzy pugilares, zegarek, nie przychodzi panu na myśl?” – „Nie” – zdenerwował się i zapytał: – „A panu?”. Kiedy Farbarowicz odprowadzał gości do kolejki, przechodnie kłaniali mu się z szacunkiem, on uprzejmie oddawał ukłony. „Jest nadzieja – napisał autor „Wiadomości Literackich” – że z czasem pan Ignacy (pod takim imieniem znano go w Otwocku – przyp. A.G.), burżuj, zostanie wybrany ławnikiem rady miejskiej, a może nawet burmistrzem…”. Może i zostałby ławnikiem albo burmistrzem, ale wybuchła wojna. W otwockim archiwum są dokumenty posesji przy ulicy Warszawskiej 37 (informacja za tygodnikiem „Linia”), której właścicielami byli Jakub i Chaim Randomińscy.