rojekt przedstawiony przez Polską Fundację Odtworzenia Tura wzbudził wielkie kontrowersje. Naukowcom zarzucano, że nie są w stanie przywrócić życia zwierzęciu poprzez klonowanie i że całe przedsięwzięcie to jedynie akcja marketingowa mająca na celu zdobycie funduszy. „Oczywiście klonowanie tura w dzisiejszych warunkach byłoby absurdem, bo nie ma z czego klonować. Ale można i wręcz trzeba badać jego DNA” – wyjaśnia zaangażowany w projekt fundacji prof. Jacek Modliński, kierownik Zakładu Embriologii Doświadczalnej Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt PAN w Jastrzębcu, jeden z pionierów klonowania zwierząt.

DRZEWO RODOWE KROWY


Choć ostatni tur (Bos primigenius) padł 381 lat temu, do dziś zachowały się szczątki tych zwierząt zawierające nienaruszone fragmenty DNA. Nasi uczeni postanowili zająć się jego analizą, gdy dowiedzieli się, że podobne przedsięwzięcie planują laboratoria zagraniczne. „Okazało się, że materiału badawczego – rogów, kości, zębów – jest nawet więcej, niż się spodziewaliśmy. Ekipa prof. Ryszarda Słomskiego z Akademii Rolniczej w Poznaniu zsekwencjonowała już dość dużo odcinków DNA, w tym tego pochodzącego z jąder komórkowych, a to rzadko się zdarza w przypadku wymarłych organizmów” – mówi prof. Modliński.

Na razie więc odtwarzanie tura będzie odbywało się wyłącznie na poziomie molekularnym. Badacze spróbują ustalić, czy tur faktycznie był przodkiem bydła domowego, a jeśli tak, to których jego odmian, bo krowie „drzewo genealogiczne” do dziś jest zagadką. Jeśli jakieś fragmenty analizowanego DNA okażą się wyjątkowe, można będzie wszczepić je do bydlęcych komórek i sprawdzić ich działanie, a nawet wyhodować krowę czy żubra ze „starożytnymi” genami.

A co z „kompletnym” zwierzęciem? Do klonowania potrzebne byłoby nienaruszone jądro komórkowe, zawierające pełną sekwencję DNA. „Dziś nie dysponujemy takim materiałem, ale gdyby w przyszłości odkryto dobrze zachowane tkanki tura, np. w jakimś bagnie, to można by o tym pomyśleć” – przewiduje prof. Modliński.

KLON NA RATUNEK


Technicznie przedsięwzięcie nie powinno być trudne, ponieważ tzw. klonowanie ratunkowe zwierząt udało się już wielokrotnie. Pierwsi byli Włosi, którym w 2001 r. udało się w ten sposób powielić europejskiego muflona (Ovis orientalis musimon), żyjącego dziś w niewielkich stadach na Sardynii, Korsyce i Cyprze. Klonowania próbowano również w przypadku rzadkich gatunków dzikiego bydła. Amerykańska firma Advanced Cell Technologies powieliła w ten sposób azjatyckiego gaura (Bos gaurus) oraz bantenga (Bos javanicus). Są też podejmowane próby odtworzenia wymarłej osiem lat temu hiszpańskiej kozicy zwanej bucardo (Capra pyrenaica pyrenaica) – jej komórki zostały zamrożone przez zapobiegliwych uczonych po śmierci ostatniego osobnika.

Klonowanie ratunkowe budzi wiele kontrowersji. Część uczonych uważa, że to strata czasu i pieniędzy, które można by przeznaczyć na ratowanie ginących naturalnych siedlisk rzadkich zwierząt. „Co z tego, że stworzymy stadko klonów, skoro będą musiały żyć w zoo?” – pyta dr Amanda Pickard z Zoological Society of London. Jednak prof. Modliński jest innego zdania. „W niektórych przypadkach możemy nie mieć innego wyjścia. Tylko dzięki klonowaniu udało się uratować ginącą rasę nowozelandzkich krów z wyspy Enderby” – wyjaśnia. W jego instytucie też przechowywane są zamrożone tkanki rzadkich ssaków jeleniowatych. Dla wielu z nich może to być jedyna szansa na przetrwanie, bo wiadomo już, że wymieranie wielu gatunków w ich naturalnych środowiskach jest nieuniknione.

Jan Stradowski