ZNUŻENIE

Trudno określić dzień, kiedy przy­szło załamanie euforii powstańczego zrywu i ta euforia zaczęła się przeradzać w zwątpienie, a nawet rozpacz. Bombardowania, ostrzał z miotaczy min czy regularne walki zmusiły mieszkańców do zejścia do piwnic. Plakat „Kiedy ryczy krowa, nie stój w bramie" - nie był już potrzebny. Opowieści o przy­padkach zasypania pod gruzami szybko Jednak z każdym kolejnym dniem coraz trudniej było wykrzesać opty­mizm z cywilnej ludności. „Siedzieli­śmy w piwnicach, było nas bardzo dużo, a jedzenia mało. Któregoś dnia gruch­nęła wiadomość, że ktoś ma konserwy w słoikach. Wszyscy zaczęli się w to zaopatrywać. Okazało się później, że w tych słoikach był pies: bernardyn z naszej kamienicy" - wspomina Szulczewska. Do braku wody i prądu w ogar­niętych walką dzielnicach dołącza głód.

Na nękanym nieustannymi walka­mi Starym Mieście, gdzie oblężonych jest 75 tys. osób, zdarzają się pierw­sze desperackie próby wyrwania się z beznadziejnego zdaniem wielu poło­żenia. „Wiadomo, że nie ma żadnych możliwości ewakuacji ludności cywilnej z tego terenu. Zupeł­nie już karygodnym objawem jest zanotowany w paru wy­padkach pomysł przechodzenia do Niemców z białą chusteczką, skoro pięcioletnia praktyka okupa­cyjna pouczyła nas aż nadto dobrze, że Niemcy z reguły łamią wszelkie przyję­te na siebie zobowiązania. Zwalczajmy te niegodne Starego Miasta nastroje. Wytrwamy i zwyciężymy!" - apeluje 28 sierpnia „Warszawianka".

Cztery dni później, po wycofaniu większości oddziałów kanałami do Śród­mieścia, Starówka poddała się. Niemcy nie mieli litości: pozostawionych w szpi­talach rannych zamordowali, niektórych paląc żywcem. Spośród ponad 30 tys. ocalałych cywilów wyselekcjonowano tych, którzy nadawali się do transportu. Starców, chorych i niemowlęta po pro­stu zastrzelono. Pozostali mieli trafić do Pruszkowa, gdzie od 6 sierpnia utworzo­no obóz przejściowy dla wyprowadzo­nych z miasta. Stamtąd rozsyłano ich do obozów koncentracyjnych. Utworzenie tej „pruszkowskiej stacji drogi krzyżo­wej" - jak określił ją jeden z mieszkań­ców stolicy - było efektem samowolnego (chociaż zaakceptowanego przez Berlin) działania Ericha von dem Bacha, dowód­cy niemieckiej operacji w Warszawie. Zmienił rozkaz Hitlera z 1 sierpnia mó­wiący o całkowitej eksterminacji ludno­ści miasta bez względu na wiek i płeć...

STRACH

Euforię zastąpiło znużenie. Znu­żenie szybko przeradzające się w strach - tak przebiegał ostatni miesiąc po­wstania. Jakiekolwiek jedzenie zaczy­nało osiągać wartość złota. „Ludzie ci, a właściwie wampiry, potrafią bez zająknięcia zażądać od człowieka, który stracił całe swoje mienie, za kg kartofli - 100 zł, za kg mąki - 80-100 zł, słoniny - 1000 zł, za kg masła - 2400... Są między innymi i tacy, którzy handlują posiadaną żywnością nie za pieniądze, a za biżuterię i złoto, naturalnie przeliczając odpowiednio wartość jednych i dru­gich przedmiotów na swoją korzyść" - opisuje paskarzy (bo tak nazywano spekulantów) „Szaniec".

Cywilów opanowywało rozgoryczenie. „Ludzie już nie panują nad sobą, wyrzekają głośno na powstańców. Na alian­tów, na front wschodni i zachodni. (...) Jesteśmy sami, zu­pełnie sami, zawiodło wszystko, na co liczyliśmy" - napisał w „Kepi wojska francuskiego" pamiętający walki w Warszawie Leszek Prorok. Na chwilę nadzieję rozpala zajęcie przez Armię Czerwoną Pragi, ale to tylko chwila. Chociaż poczucie humoru i w tamtych dniach daje o sobie znać: „Wiesz, że Monter awan­sował? Tak? I kim jest teraz? Demonterem..., bo zdemontował całą Warszawę, a na jej miejscu wyrósł bór.".

Warszawy rzeczywiście praktycznie już nie było... Coraz mniej było też jej mieszkańców. „6 września wdarli się do naszego domu Niemcy. W tym czasie byłam z babcią w piwnicy. Wyganiali nas esesmani z wycelo­wanymi pistoletami. Zdążyłam wziąć jesionkę, palto na siebie, dwie walizki w rękę. Babcia jakieś walizki [wzięła], które, idąc, po drodze wyrzucała, bo nie miała siły ich nieść. Niemcy ustawili nas przed domem, oddzielając mężczyzn od kobiet. Kto miał psa - zabierali. Latar­ki również. Poprowadzono nas ulicą: Browarną, Bednarską do Krakowskiego Przedmieścia (tutaj przy figurce Matki Boskiej). Na Krakowskim Przedmieściu były wykopane rowy, w których siedzie­li żołnierze. (...) Doprowadzono nas w pobliżu Dworca Zachodniego, gdzie były podstawione wagony podmiejskie, zwykłe wagony, którymi dowieziono nas do Pruszkowa. Jadąc i wyglądając przez okno, byłam strasznie zdziwiona, że ży­cie toczy się normalnie. Ludzie chodzą po ulicach, nic się nie dzieje" - wspomi­nała po latach 14-letnia wówczas Halina Ziółkowska (później Adamska).

Powstanie upadło. Tak ten moment zapamiętał Jerzy Biliński, rocznik 1932: „Pierwsze było uczucie ulgi, że się ten koszmar kończy, że skończą się piwnice, że można będzie wyjść, że już nie ma ostrzału, że powstanie się skończyło. Potem doszły od razu informacje, że ludność będzie wysiedlana z Warszawy i niepewność, gdzie będzie wysiedlana, niepewność, co ze sobą zdołamy zabrać, co warto zabrać, co trzeba zabrać, co trzeba schować, bo przecież wrócimy. Nikt nie miał wątpliwości, że wrócimy do swoich domów. Dylemat. Wiadomo, że mamy wyjść z Warszawy, nie wiadomo, gdzie idziemy. Matka, kobieta wówczas czterdziestoletnia prawie, i nas dwoje dzieci, których trzeba było pilnować. Oczywiście starałem się coś nosić, ale były to zupełnie nieznaczne rzeczy. W końcu było wiadomo, że idzie­my do obozu w Pruszkowie. Szliśmy uli­cą 6 Sierpnia, potem Wawelską. Jedna rzecz, co pamiętam, o czym powiem. Rozumiem, że jest może niewłaściwa ogólnie rzecz biorąc. Pamiętam (ku swe­mu zaskoczeniu) objawy życzliwości ze strony Niemców, którzy pilnowali ko­lumny wychodzących z Warszawy cywi­lów. Widziałem takie gesty, kiedy dawali dzieciom jakieś pomidory. Nie była to rzecz masowa oczywiście, ale zapamię­tałem to, zdziwiłem się tym i pamiętam to do dziś. Było to zaskoczenie, że nasz wróg może się zdobyć czasem na gesty życzliwości. Doszliśmy do Pruszkowa, tam spędziliśmy chyba ze trzy dni i na­stąpiła selekcja".