Śmierć słynnego pacjenta nie zniechęciła paryskiego lekarza. Voronoff niestrudzenie promował swoją metodę na konferencjach naukowych i w prasie. Argumentował, że jest w stanie odjąć pacjentom 20–30 lat. Nie za darmo oczywiście. Voronoff inkasował od 500 do 1000 funtów za operację (54–108 tys. dzisiejszych funtów), choć niekiedy dla rozgłosu pracował za darmo. W sumie wykonał około 2 tys. takich operacji – w najlepszych czasach ich liczba dochodziła do 10 tygodniowo.

W 1924 roku optymizm sięgnął zenitu. „Nawet śmierć, poza tą, która nastąpiła w wyniku wypadku, może stać się nieznana, jeśli śmiałe eksperymenty dr. Serge’a Voronoffa, genialnego francuskiego chirurga,
wciąż będą przynosić wyniki, które zadziwiają świat” – pisał zachwycony reporter „Scientific American”. Do badań Francuza entuzjastycznie odnosili się niektórzy lekarze w Anglii oraz we Włoszech. Część
z nich próbowała go naśladować. Małpie jądra przeszczepiano pacjentom w USA, Włoszech, Chile, Indiach, Rosji i Brazylii. Popyt na organy był tak duży, że Francuzi musieli zakazać polowań na małpy w swoich koloniach! Co więcej, jego metodę uważano za skuteczną na tyle, że w 1927 roku firma
ubezpieczeniowa z Węgier odmówiła wypłaty emerytury klientowi, argumentując, że przecież przeszedł przeszczep jądra, a więc jest młodszy i nie należy mu się świadczenie!

NIEMY KRZYK OWIEC

Nie wszyscy jednak dali się porwać charyzmatycznemu chirurgowi. Artur Dean Bevan, prezydent Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego, twierdził: „To naukowo udowodniony fakt, że jakikolwiek przeszczep materiału zwierzęcego wszczepiony w ludzkie ciało musi zniknąć w krótkim czasie. To tak podstawowe i nieuniknione jak to, że dwa plus dwa daje cztery”. Voronoff obstawał jednak przy swoim. Przeciwników wyzywał od „gnijących, upadających organizacji, które sprzeciwiają się wszelkim zmianom i innowacji”. Jako dowód pokazywał zgrubienia pod blizną operacyjną na jądrach pacjenta [czytaj: Metoda Voronoffa]. W rzeczywistości jednak to Bevan miał rację. Żaden przeszczep odzwierzęcy nie miał szans
się przyjąć. Układ odpornościowy niszczył go w ciągu kilku dni, a nawet godzin. Komórki, które Voronoff i pracujący z nim patolog prof. Retterer pod mikroskopem brali za żywe komórki nowych jąder, były w rzeczywistości komórkami, które ten przeszczep niszczyły. Poprawa zdrowia, która niekiedy towarzyszyła zabiegom, wiązała się zapewne z mocą sugestii charyzmatycznego lekarza oraz... odpoczynkiem, który zalecał pacjentom przed i po zabiegu. Do upadku reputacji Voronoffa doprowadziły jednak nie tyle protesty szacownych instytucji medycznych, ile... weterynarzy.

Od 1924 roku równolegle z operacjami ludzi Francuz zajął się bowiem doskonaleniem hodowli owiec. Twierdził, że dzięki przeszczepom jąder owce będą większe, będą miały lepszej jakości futro, a te cechy odziedziczy ich potomstwo. Eksperymenty w Algierii sponsorował m.in. francuski rząd zainteresowany wymiernymi efektami. Tym razem ich efekty – futro, płodność, wagę badanych owiec – dało się zmierzyć. Co więcej, zwierzęta są odporne na sugestie. Nie ma więc mowy o efekcie placebo.

W 1927 roku do stacji badawczej w Algierii przyjechała delegacja naukowców z Francji, Anglii, Włoch, Hiszpanii i Czechosłowacji. O ile Francuzi i Hiszpanie entuzjastycznie podeszli do wyników zaprezentowanych przez Voronoffa, o tyle Anglicy zaczęli kręcić nosem. Przypuszczali, że lepszy wygląd owiec, które poddano zabiegowi, wynikał z tego, że do eksperymentów wybrano zdrowsze zwierzęta. Wkrótce okazało się, że nikt nie jest w stanie uzyskać takich samych wyników jak Francuz. Do nagonki przyłączyli się również przeciwnicy eksperymentowania na zwierzętach. Nie tyle przeszkadzało im jednak okaleczanie naczelnych, ile myśl, że po przeszczepie cechy małpy mogłyby przejść na człowieka... Te same zastrzeżenia wysuwano w przypadku jąder kryminalistów.

GDYBY KÓZKA...

Pacjenci amerykańskiego rejuwenatora „dr.” Johna Brinkleya nie mieliby z kolei nic przeciwko, gdyby zyskali niektóre z cech zwierzęcych. Wielu z nich zwracało się bowiem do tego pracującego w Milford w stanie Kansas specjalisty nie tyle z powodu spadku mocy intelektualnych, ile seksualnych. Symbolem potencji i witalności na Południu była zaś... koza. I właśnie to zwierzę wybrał Brinkley na dawcę jąder.
Brinkley nie mógł pochwalić się takim wykształceniem jak Voronoff – uzyskał dyplom po zaledwie 3 miesiącach studiów na Eklektycznym Uniwersytecie Medycznym w Kansas. Jego pacjentom to jednak nie
przeszkadzało. 50-łóżkowy szpital, który zbudował w 1918 r., pękał w szwach. Zachęceni sloganem: „jesteś tak stary, jak twoje gruczoły” płacili od 750 do 2000 USD (dziś to 29 000–79 000 USD) za operację u Mesjasza z Milford, która nie tylko miała leczyć bezpłodność, lecz także… objawy chorób psychicznych. By promować swój biznes, Brinkley założył rozgłośnię radiową, która odniosła ogromny sukces. Pod koniec lat 20. dzięki dochodom z emisji oraz ze szpitala został milionerem – miał dwa samoloty, kilka
domów i jachty. Jednak w 1930 r. amerykańskie władze porządkujące rynek medyczny odebrały mu dyplom i prawo do praktyki. Rozzłoszczony Brinkley po przegranej apelacji w sądzie postanowił… ubiegać się o fotel gubernatora stanu Kansas. Dzięki swojej stacji radiowej i rzeszy oddanych pacjentów
uzyskał niezły wynik. Wkrótce jednak, by kontynuować praktykę, musiał przenieść się do Meksyku.

ŚLEPY ZAUŁEK

Moda na rewitalizujący przeszczep jąder straciła sens w 1935 roku, kiedy zidentyfikowano i wyodrębniono testosteron, co otworzyło furtkę do terapii hormonalnych. Co więcej, okazało się, że ten męski hormon płciowy nie odmładza. Coraz lepiej poznawano też mechanizm stojący za odrzutami
przeszczepów, choć niektóre teorie utrzymały się zaskakująco długo. W 1934 r. chirurg z Baltimore Harvey B. Stone stwierdził np., że jeśli tkanka gruczołu będzie hodowana w serum biorcy przez 7 dni, to się przyjmie. Ten błędny pogląd pojawiał się w literaturze przedmiotu do lat 80. XX wieku.

„Ze współczesnej perspektywy wysiłki Browna-Sequarda, Voronoffa i Steinacha mogą wydawać się naiwne, nieetyczne pod pewnymi względami i potencjalnie niebezpieczne dla pacjentów. Jednak – przynajmniej na powierzchownym poziomie – były logiczne i wynikały z wiedzy dostępnej w tym czasie” – podsumował badania nad rejuwenacją Arnold Kahn z wydziału Biologii Tkanek i Komórek Uniwersytetu
Kalifornijskiego. Nie ma dowodów, że naukowcy z lat 20. (poza Brinkleyem) próbowali oszukiwać pacjentów. Wydaje się, że oni naprawdę wierzyli w to, co robią, tyle że ich „odkrycia” okazały się ślepym, choć kuszącym zaułkiem medycyny. Zresztą próby wykorzystania tkanek odzwierzęcych w leczeniu ludzi nie umarły wraz z nimi. Do dziś naukowcy usiłują pokonać mechanizm prowadzący do odrzutów, by zwierzęce organy ratowały pacjentów, którzy nie mogą liczyć na ludzkiego dawcę. Mimo to – jak zauważył sir Roy Calne, pionier transplantologii – choć „ksenotransplantacja jest tuż za rogiem, ten
róg znajduje się bardzo daleko”.