ROBERT RIENT: Gdzie znajdują się niemiejsca?

NATALIA FIEDORCZUK-CIEŚLAK: Na styku dwóch światów. To przelotowe punkty spotkań, na przykład supermarkety, dworce kolejowe, hotele, stacje benzynowe. Każda przestrzeń, w której jest dużo ludzi przebywających w ruchu. Niemiejsce to przystań dla podróżujących. Pozwalają na chwilę odciąć się od relacji, społeczeństwa, wszystko tam jest znane, przyjazne. Centra handlowe są swoistą świątynią dla matek z małymi dziećmi, można się w nich schować, wypić herbatę, skorzystać z łazienki zaopatrzonej w przewijak. W swojej powtarzalności pozwalają poczuć coś na kształt ukojenia. Dlatego bohaterkę mojej książki umieściłam w świecie centrów handlowych, bo te są powtarzalne, mają szeroko otwarte drzwi, ale są również sztucznym światem.

R.R.: „Jak pokochać centra handlowe” to książka o smutku.

N.F.-C.: Moja bohaterka mierzy się z kryzysem, który ją dezorganizuje, rozczłonkowuje – wielu z nas tego doświadcza. To może być śmierć bliskiej osoby, strata pracy, mieszkania. Około 20 proc. kobiet ma zdiagnozowaną depresję poporodową, a około 70 proc. doświadcza kryzysu nazywanego po angielsku „baby blues” – to zazwyczaj epizod depresyjny związany z połogiem, gwałtownym spadkiem hormonów, wypadaniem włosów, deformacją ciała. Dlatego pierwsze dni, tygodnie po urodzeniu bywają niezwykle trudne, czasami pełne łez – zarówno wzruszeń, jak i wyczerpania. Czasami „baby blues” się wydłuża i zmienia w depresję.

R.R.: Po urodzeniu dziecka wklepałaś w internet pytanie: „Czy od razu miałaś więź z dzieckiem?”.

N.F.-C.: Byłam ciekawa, czy jestem jedyna, która po porodzie czuje jedynie ulgę, że ten koszmarny ból już się zakończył. Okazało się, że przede mną pytało o to setki kobiet. Niektóre przyznawały się, że poczuły silną więź dopiero po kilku latach od urodzenia. Więź z dzieckiem nie jest niczym oczywistym, chociaż dorastamy w kulturowym przekazie, który mówi, że jedno spojrzenie czy dotknięcie nowo narodzonego dziecka momentalnie stwarza silną miłosną relację. Tej magii nie przenosimy na inne relacje, bo uznajemy za zrozumiałe, że więź się buduje.

R.R.: Po czym rozpoznać depresję poporodową?

N.F.-C.: O to najlepiej zapytać specjalistę. Ja nim nie jestem, mogę za to opowiedzieć ci, jakie ja miałam objawy. Nie mogłam spać, praktycznie w ogóle przez pierwsze trzy miesiące. Leżałam i długo nie mogłam zasnąć, wypełniał mnie lęk i niepokój. Poza tym sporo się złościłam. Nie potrafiłam nad niepokojem zapanować, czułam narastanie tego złego. To nie była „stereotypowa” depresja z leżeniem na łóżku w brudnej pościeli, tylko napięcie, złe napięcie, tak ogromne, że niemal zabójcze. Miałam katastroficzne wizje dotyczące dziecka, zdrowia, przyszłości. W samej książce dotykam tego bardziej
egzystencjalnego wymiaru depresji, jako braku jakiegoś kluczowego elementu, jakiegoś destruktora, nie skupiam się na tej diagnostycznej stronie rozpoznania objawów.

Chociaż oczywiście to bardzo występne, jak bardzo te objawy mogą się maskować, różnić się od siebie. Bóle, omdlenia, wspomniana złość i napięcie, napady płaczu, stany odrealnienia, duszności… wszystko to mogą być objawy poważnych chorób somatycznych, ale i poporodowych zaburzeń nastroju. Depresja nie jest warunkiem koniecznym, ale może przyczynić się do tego, że dojmującym doświadczeniem staje się poczucie utraty tożsamości.

R.R.: Na czym ono polega?

N.F.-C.: Na utracie konturów, swoich rysów. To nie jest jednoznacznie dobre czy złe, smutne albo radosne. Przypomina nawet trochę stan zakochania, pojawia się nowa osoba, chcesz z nią być cały czas, o wszystkim opowiadać, nic co istniało wcześniej nie ma takiego znaczenia. W tym także ty przestajesz mieć znaczenie. W przypadku dziecka jest podobnie. Do tego dochodzi zupełnie inna postać, którą widzisz w lustrze. Zmienia się waga ciała, skóra, włosy, pojawiają się cienie pod oczami.

R.R.: Jak sobie poradziłaś z tym wyzwaniem?

N.F.-C.: Chyba sobie nie poradziłam, cały czas jestem w procesie. Pierwszy raz leczyłam się na depresję, gdy miałam piętnaście lat. Wiedziałam, że historia psychiatryczna zwiększa ryzyko pojawienia się depresji poporodowej. Od lat też funkcjonowałam w schemacie: mam kryzys – dostaję pomoc, czyli leki, terapię. Biorę je, uczestniczę w terapii, aż wydają mi się te środki niepotrzebne, przecież świetnie sobie radzę… aż do kolejnego kryzysu. Dziś mam dwójkę dość młodych dzieci. Macierzyństwo nauczyło mnie czegoś bardzo prostego, ale zarazem cennego – proszenia o pomoc. Musiałam się tego nauczyć, żeby kompletnie nie zwariować. Zwracałam się do męża, przyjaciół, znajomych. To było niezwykle uwalniające, wyjść z dziećmi nie tylko do supermarketu, ale również do znajomych, przyznać przed sobą, że nie mam siły, że zwyczajnie sobie nie radzę. Dla matek to podwójnie trudne, bo wiele osób wie, jakie powinny one być. Wiedzą choćby, czego nie powinny pić i jeść w trakcie ciąży i karmienia. Matki są społecznie kontrolowane, upominane w sklepach i pociągach, na ulicy. Wielu uważnych kontrolerów ma baczenie na to, jak odzywają się do dziecka, jak reagują albo nie reagują na jego płacz, nakłada się na te matki wiele oczekiwań. Do tego dochodzą przykazania od rodziny i z książek psychologicznych. Słowa skargi są tłumione, piętnowane, w końcu w XXI wieku macierzyństwo to świadoma decyzja! Dzieci są planowane, wiedziałaś, na co się piszesz!

Ale do tego nie da się tak do końca przygotować i z tym, co trudne, kobiety zazwyczaj zostają same. Wstydzą się mówić. To wciąż tabu, by werbalizować negatywne uczucia. Współczesna matka powinna być wdzięczna, pogodna, szczęśliwa i – przede wszystkim – zaradna. Ma radzić sobie sama.

R.R.: Jakie jeszcze tabu dotyczy macierzyństwa?

N.F.-C.: Poronienia. Kobiety o tym rozmawiają same ze sobą, w kuchni, potem się uśmiechają i wracają do salonu. Nikt nie mówi tego wprost, ale stereotyp jest potworny: skoro nie donosiłam ciąży, to moje ciało rozczarowało, coś jest z nim nie tak, coś jest ze mną nie tak. Poroniłam, wiele z nas poroniło i boi się o tym powiedzieć, by nie musieć odpowiadać na idiotyczne pytania w stylu, jak to się stało, co jadłaś, czy odpowiednio długo leżałaś. Wiele kobiet katuje same siebie za niedonoszenie ciąży. Do tego dochodzi żałoba lub jej brak, lub uczucia, o które zupełnie się nie podejrzewałybyśmy. To zawsze zetknięcie z czymś pierwotnym, nieznanym.

R.R.: Można pożegnać się z depresją na stałe?

N.F.-C.: Pewnie można, ale myślę, że cień zostaje na zawsze. W moim przypadku choroba wraca co jakiś czas. Gdy jest lepiej – zapracowuję depresję, można powiedzieć, na śmierć. Chorując na depresję, narzucasz sobie różne nakazy – powinnaś być zdrowa, pełna energii, zwłaszcza gdy masz dzieci. Jestem na etapie akceptowania tego, że jestem właśnie taka, wybrakowana, niedoskonała.

R.R.: Jak my wszyscy. Ale rozumiem, że będąc mamą i chorując na depresję, trzeba się jeszcze zmierzyć z własną głową i tymi wszystkimi narzucającymi się myślami o porażce, nawet jeśli nie są one prawdziwe.

N.F.-C.: Trochę tak, znamy te wszystkie obrazki z kolorowych gazet, uśmiechniętych, przytulonych rodzin. A smutna mama? Na pewno jakaś patologia, zaniedbuje dzieci. Depresja to po prostu obezwładniające emocje, z którymi trzeba nauczyć się pracować. Orna Donath, badaczka płci
z Izraela przeprowadziła niedawno badania jakościowe dotyczące macierzyństwa. Wynikało z nich, że wszystkie zbadane mamy kochają swoje dzieci, są zadowolone, że pojawiły się na świecie. Natomiast macierzyństwo i cały worek społecznych oczekiwań z nim związanych je przerasta, bywa przerażający i tej zmiany żałują, żałują siebie, że takie się stały. Żyjemy w niezwykłych czasach, są słoiki dla dzieci, pieluchy jednorazowe, ale wciąż macierzyństwo to ciężka praca, ogromna odpowiedzialność, która głównie spada na kobiety. Taki jest przekaz kulturowy.

R.R.: Do tego dochodzi sytuacja ekonomiczna. Gdy twoja bohaterka znajduje w internecie ogłoszenie matki: „Posprzątam w zamian za jedzenie dla dziecka”, dochodzi do wniosku, że ze swoimi problemami czuje się „jak debil z klasy średniej”.

N.F.-C.: A takich ogłoszeń jest sporo, posprzątam za ubrania, słoiki z jedzeniem. Mamy wtedy sytuację, że poza mierzeniem się z wyzwaniami macierzyństwa trzeba zadbać o te podstawowe potrzeby i zwyczajnie przeżyć. Pozwalam mojej bohaterce pojechać do tej kobiety z reklamówką pełną jedzenia, ale ten akt nie zmienia jej sytuacji, jej depresji i walki, którą musi stoczyć w samotności. Albo w supermarkecie, siadając w jednej z kawiarni, obok wózka, nad herbatą, widząc inne matki z wózkami. Macierzyństwo bywa niezwykle samotnym doświadczeniem.

R.R.: „Nabieram przekonania, że szczęśliwe małżeństwa to takie związki, w których jedna osoba bierze na siebie znacząco więcej i uważa to za naturalny stan rzeczy. Podobnie uważa współmałżonek”.

N.F.-C.: Jeśli mam być uczciwa, to muszę przyznać, że winni są oboje, zarówno kobieta, jak i mężczyzna, matka i ojciec. System wprawdzie tak rozdziela role, że to kobietę wsadza do kuchni i obciąża pełną odpowiedzialnością, ale wiele z nas podejmuję tę grę, chociażby dlatego, że nie chce oddać kontroli. Moja bohaterka, jak wiele kobiet, decyduje się nie rozmawiać na ten temat. Zamiast powiedzieć do męża: wróć, proszę, wcześniej z pracy, woli się wściekać.

R.R.: Badania mówią, że na prace domowe kobiety poświęcają dziennie o dwie godziny więcej niż mężczyźni.

N.F.-C.: To prawda, ale nie chciałabym postawić tej prostej tezy, że mężczyźni są winni, a kobiety skrzywdzone. Sytuacja każdej rodziny zależy od tej konkretnej rodziny i wymaga od obu stron podjęcia negocjacji, podziału obowiązków. Czasami krytycznym momentem jest pójście kobiety do pracy, okazuje się, że w domu nic się nie zmienia. Kobiety wykonują wciąż wszystkie obowiązki domowe i dodatkowo pracują zawodowo, robią to z rozpędu albo dlatego, że facet udaje, że nie widzi tego, kto robi zakupy, sprząta, umawia wizyty u lekarza, gotuje, zmywa, czyści toaletę. Dla mnie jako żony i partnerki bardzo trudne było oddanie kontroli, utrata swojego panowania nad domem. Z jednej strony byłam wyczerpana pielęgnacyjno-opiekuńczymi pracami, z drugiej uważałam, że robię je najlepiej, to dawało poczucie władzy i kompetencji. Myślę, że wiele kobiet ma podobnie, a to utrudnia facetom wzięcie swojego kawałka odpowiedzialności za dom i dzieci. Z kolei bohaterka mojej książki używała sprzątania, by mieć poczucie kontroli nad sobą, swoim ciałem, chorobą.

R.R.: Kiedy miałaś czas pisać?

N.F.-C.: Książka powstawała w dwóch etapach. Pierwszy, gdy mój syn miał ponad rok, napisałam kilkadziesiąt stron, bez konstrukcji, określonej formy. Sprawiało mi to przyjemność, wyrzucanie osobistych przemyśleń na papier. Później miałam długą przerwę, pojawiła się moja córka. Pewnego razu, podczas urlopu macierzyńskiego pracowałam nad oprawą dźwiękową do spektaklu w Bydgoszczy, miałam wtedy sporo czasu podczas prób i wróciłam do pisania. Skończyłam, wysłałam znajomym do przeczytania, dostałam pozytywne informacje, więc rozesłałam do różnych wydawnictw. Nie będę jak znani mężowie mniej znanych żon, którzy zajmują się pisaniem i powiem też, że ogromnie dużo zawdzięczam mojemu mężowi. Jest to prawdziwy partner i współrodzic i gdyby nie to, że z wielu rzeczy potrafił rezygnować (i wciąż rezygnuje), bym ja mogła spełniać się artystycznie, to pewnie marnie by to wyszło.

R.R.: Dlaczego powieść, a nie wspomnienia, reportaż?

N.F.-C.: Szukałam ucieczki od klasycznej formy. Struktura mojej książki jest postrzępiona, nieoczywista. Poza tym wspomnienia lub dzienniki powinny publikować osoby znane ze swej mądrości i doświadczenia, ja nie miałabym takiej śmiałości. Moja książka ma w sobie mnóstwo kreacji. Papier przyjmie wszystko. Nie chciałam rysować portretów kobiet cierpiących na depresję, raczej stworzyć lalkę, która jest wcieleniem bezsilności wobec tego stanu, by bardziej uwypuklić na czym ten polega.

R.R.: Co dla ciebie jest najważniejsze, gdy mówimy o tak zwanej miłości macierzyńskiej?

N.F.-C.: To, że dotyczą jej te same warunki, wyzwania, radości i problemy, które dotyczą każdej innej miłości. Amplituda emocji pomiędzy mamą i dzieckiem jest taka sama jak pomiędzy parą kochanków. Wydaje mi się ważne, by nie zaprzeczać swoim uczuciom, nie udawać ideału, albo przeciwnie, obciążać siebie każdym błędem, kupioną pizzą do jedzenia, gdy zabrakło czasu i sił na ugotowanie obiadu. Bycie z dzieckiem to wyjątkowa i niezwykła frajda, jasne, ale nie tylko, natomiast media zazwyczaj interesuje wyłącznie ta narracja.

R.R.: Nazwałaś siebie przeciętną mamą.

N.F.-C.: W ogóle jestem przeciętna, lubię tak myśleć, to w pewnym sensie uwalniające. Nie wpadam w panikę, gdy raz na jakiś czas dziecko pójdzie spać bez mycia , bo później wróciliśmy do domu albo jest zmęczone, albo ja jestem zmęczona. Nie staram się podążać za nowinkami, byciem eko-mamą, nie chcę rezygnować ze swojego życia. Kocham moje dzieci, opiekuję się nimi, nie stosuję przemocy, ale czasami popełniam błędy, inaczej nie umiem – tak jestem przeciętną mamą.