Gdy w 2010 roku dziennikarka Melody Warnick z mężem Quinnem i dwiema córkami przeprowadzała się do Austin w Teksasie, znajomi wzdychali: „Ale z was szczęściarze!”. Zapewniali, że miasto zachwyciło ich, gdy byli tam na urlopie. „Austin jest fantastyczne; ludzie, tacos, czytanie książki na patio w lutym. Ale nigdy nie poczuliśmy się tam jak w domu” – wyznaje Warnick, która dwa lata później przeprowadziła się do Blacksburg w Virginii. „Była to szósta przeprowadzka po ukończeniu studiów i fakt ten zmusił mnie do zastanowienia się, dlaczego nigdzie do tej pory nie zagrzałam miejsca” – pisze Warnick w wydanej niedawno książce „This Is Where You Belong: The Art and Science of Loving the Place”. Odkryła, że przeglądanie serwisów z nieruchomościami jest jak „metaamfetamina trzydziestolatków – brzydki nałóg, którego nie można porzucić”. Przeciętny Amerykanin przeprowadza się 11,7 razy w ciągu życia – w ciągu pięciu lat 35 proc. obywateli USA zmieniło miejsce zamieszkania. Równie mobilni są Nowozelandczycy. Z kolei z danych Eurostatu wynika, że w ciągu roku adres zmienia średnio ponad 9 proc. obywateli Belgii, Danii czy Wielkiej Brytanii. Jeszcze mniej mobilni są Niemcy: przeprowadza się ich tylko ponad 3 proc., a stawkę zamykają Polacy (1,4 proc.) oraz Rumunii i Łotysze. Czy więc „adresowe wiercipięctwo” to cecha narodowa?

Za pracą czy rodziną?

„Polacy są zdecydowanie bardziej konserwatywni w kwestii zmiany miejsca zamieszkania niż np. Amerykanie. Duży wpływ ma na to historia, schematy, które kulturowo dziedziczymy, w których ważne są takie wartości jak przywiązanie do miejsca i silne więzi rodzinne” – wyjaśnia dr Magdalena Nowicka, psycholog różnic indywidualnych z Uniwersytetu SWPS. Faktycznie: przeprowadzki Polaków były w minionych wiekach raczej wymuszone przez zabory i wojny, a potem repatriacje. Amerykanom, potomkom tych, którzy „wozami jechali zasiedlać zielone prerie”, ruszyć jest się o niebo łatwiej. „Na pewno w USA mobilność wymusza rynek pracy. Np. naukowcy są zobligowani do zmiany placówki naukowej na kolejnych szczeblach kariery, nie ma mowy o pracy na jednym uniwersytecie przez całe życie. Na nasze decyzje wielki wpływ ma też grupa odniesienia, czyli to, co robią nasi znajomi, rodzina. Jeśli oni potrafią przeprowadzić się z Teksasu do Kalifornii czy z Lublina do Brighton, to i my traktujemy przeprowadzki jako coś normalnego” – mówi dr Aleksandra Szymków Sudziarska, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS w Sopocie, dodając, że polska mobilność także rośnie, na co ogromny wpływ miała fala emigracji za pracą po wejściu do UE. Aż 83 proc. studentów, którzy wzięli udział w badaniu TNS Polska, deklaruje, że jeżeli nie znajdzie pracy w miejscu zamieszkania, to będzie jej szukać na terenie kraju. „Ta gotowość spada z wiekiem: młodzi ludzie często wyjeżdżają na studia, potem za pracą, ale gdy dochodzi do stabilizacji, kupna pierwszego mieszkania, założenia związku, przeprowadzka robi się coraz trudniejsza”.

Aż jedna trzecia Amerykanów podaje jako powód przeprowadzki rodzinę. Ridgefield w stanie Connecticut wydało się Sloan, przyjaciółce Melody Warnick, ideałem: przyjaźni ludzie, świetne szkoły. A jednak wciąż coś było nie tak. „Skoro już mamy się znów przenosić, to równie dobrze możemy i do New Jersey” –przyznał mąż Sloan. W Marlboro Township Sloan zostawiła rodziców, brata, siostrę i pięcioro siostrzeńców. Wróciła. Może codziennie chodzić na lunch z bratem i wyskakiwać na kawę z najlepszą przyjaciółką, z którą zna się od 1971 roku. „Szkoły mają tu niższy poziom i zarobki są niższe, ale ci ludzie, których tu mam – to liczy się bardziej” – przyznaje Sloan. I nie ona jedna. W jednym z brytyjskich badań wykazano, że jeśli przeprowadzka sprawi, że pracownik zamieszka bliżej rodziny i przyjaciół na tyle, by widywać ich nie raz na miesiąc, ale kilka razy w tygodniu, to poziom jego satysfakcji wzrasta porównywalnie do otrzymania 85 tys. funtów rocznej podwyżki.

Ekstrawertyk na walizkach?

A może za „wiercipięctwem” stoi coś więcej niż ekonomia i rodzina? Dr Magdalena Nowicka odpowiedzi szukałaby w ludzkim temperamencie. „Ci z nas, którzy mają wysoki poziom pobudzenia w ośrodkowym układzie nerwowym, będą unikać dodatkowego stymulowania. Ci o niższym poziomie będą wciąż szukać bodźców, czy to w postaci nowych miejsc zamieszkania, czy ludzi, hobby” – wylicza. Na chęć do zmian wpływa też to, czy jesteśmy intro- czy ekstrawertykami. „W introwertykach to, co nowe, wzbudza często lęk. Będą więc niechętni przeprowadzkom w przeciwieństwie do ekstrawertyków” – wyjaśnia. Tę pogoń za nowym widać u Warnick. „Nowe miasto było dla mnie fascynującą pustą kartką. Przeprowadzka stanowiła rozgrzeszenie z błędów popełnionych w starym miejscu, np. rozczarowujących przyjaźni. Za każdym razem, gdy wóz do przeprowadzek ruszał z podjazdu, te utrapienia znikały, a ja zaczynałam się napawać perspektywą nowego początku.

W Blacksburg na pewno zdobędę grono oddanych przyjaciół, zacznę uprawiać ogród i jogę. Będę cierpliwsza dla dzieci i milsza dla męża – wierzyłam tak mocno w sprawczą moc geografii, że nie wkładałam w ogóle wysiłku w dokonanie tych zmian” – przyznaje. W „moc geografii” wierzy nie tylko ona,o czym świadczy popularność rankingów miejsc najlepszych do życia, miast dla młodych i na emeryturę, a nawet najlepszych dla trenerów zwierząt i detektywów. Zażartą dyskusję wywołała opublikowana w styczniu 2010 roku w „Science” amerykańska „mapa szczęścia”. Andrew Oswald z brytyjskiego Uniwersytetu Warwick i Stephen Wu z Hamilton College opracowali ją, porównując wiele czynników: od liczby dni słonecznych w roku aż po jakość szkół. Te dane zestawili z subiektywnymi odczuciami 1,3 mln Amerykanów, których przez pięć lat Amerykańskie Centrum Chorób pytało, czy są zadowoleni z życia. Na liście najszczęśliwszych stanów Ameryki Północnej znalazły się Luizjana, Hawaje, Floryda, Arizona i Missisipi, a do najmniej szczęśliwych zaliczono Nowy Jork, Connecticut, New Jersey, Michigan i (o dziwo!) Kalifornię. Czyżby więc eliksir szczęścia był mieszanką ciepła, konserwatyzmu, niskich podatków i religijności?

Jeden z nowojorskich felietonistów z przekąsem komentował, że poczucie szczęścia to nie wszystko, cytując słowa z filmu „Trzeci człowiek”: „Włochy za Borgiów miały wojny i morderstwa, ale dały światu Michała Anioła, Leonarda da Vinci i renesans. Szwajcaria miała 500 lat braterskiej miłości i demokracji. I co dała światu? Zegar z kukułką”. Ale w 2016 r. nowojorczycy tryumfowali, gdy ekonomista Raj Chetty, który przeanalizował ponad miliard dokumentów systemu rejestracji podatków i 7 milionów aktów zgonu, wykazał, że dochód i miejsce zamieszkania mają wpływ na długość życia człowieka. Nowy Jork czy Kalifornia przodowały w statystykach długości i jakości życia – najniższą średnią długość życia najuboższych odnotowano w Indianie i Oklahomie. „Gdynia, w której mieszkam, od lat wygrywa w rankingach miast najlepszych do życia w Polsce” – przyznaje Aleksandra Szymków-Sudziarska. „Ale obawiam się, że przeprowadzka do Gdyni nie sprawi automatycznie, że poczujemy się szczęśliwsi. Trzeba w to włożyć trochę wysiłku”.

Dobra gleba dla korzeni

Do tego samego wniosku doszła Warnick, gdy poznała 72-letnią Gertie Moore, mieszkankę Lorado w stanie West Virginia, która całe życie mieszka przy tej samej ulicy. Jeszcze większym szokiem było dla dziennikarki odkrycie, że według badań Pew Reserch Center aż 37 proc. Amerykanów, tak jak Gertie, nigdy nie opuszcza rodzinnego miasta. Mało tego, 57 proc. nie przeprowadza się poza rodzinny stan. Nieudacznicy? Demograf Richard Florida w książce „Who’s Your City?” zauważa: „zwykle skupiamy się na dwóch kategoriach ludzi: »mobilnych«, tych, którzy mają możliwość i wyjeżdżają, oraz tych, którzy »utknęli«, nie mają możliwości, by wyjechać. Zapominamy o trzeciej kategorii, tych, którzy mają możliwości, ale mimo to decydują się zostać”. Nazywa ich zakorzenionymi. Zakorzenienie francuska mistyczka i filozofka Simone Weil określiła jako „najważniejszą i najmniej zapoznaną potrzebę duszy ludzkiej”. W 1947 roku poeta W. H. Auden ukuł termin topofilia, opisujący „bycie związanym z danym miejscem”. Badanie tego zjawiska na przestrzeni ostatnich lat stało się jednym z obszarów zainteresowania psychologii środowiskowej, łączącej doświadczenia także z zakresu geografii, architektury i urbanistyki. „Antropolog Setha Low i psycholog Irwin Altman, pionierzy badań w tej dziedzinie, twierdzą, że »przywiązywanie się do miejsca wymaga emocji i działania. To proces, w którym wyposażamy miejsca w pamięć i znaczenia«. Po przeprowadzce do Blacksburg zrozumiałam, że to, czy zapuszczę korzenie, zależy ode mnie. Tak rozpoczął się mój eksperyment »Pokochaj miejsce, w którym mieszkasz«, w czasie którego odkryłam, że od zakochania w Blacksburg dzieli mnie zaledwie kilka kroków” – stwierdza Melody Warnick.

10 m do „miłego sąsiada”

„15 minut spacerem do fajnej ławeczki koło stawu dla kaczek”, „9 minut do fajnej biblioteki” czy „6 minut do targu ze świeżymi owocami i warzywami” – widniało na tabliczkach, które pewnego poranki Melody zawiesiła na ulicach Blacksburg. Zamówiła je na platformie walkyourcity.org, której założyciel chce zachęcić mieszkańców do chodzenia piechotą, a przy okazji odkrywania piękna własnego miasta.

„Zakorzenienie wiąże się z tym, że zaczynamy w danym miejscu czuć się bezpiecznie, poznajemy topografię i wiemy, w którą ulicę skręcić, by dojść do szkoły swego dziecka czy kina” – potwierdza Magdalena Nowicka. Łatwiej o to w mniejszych miastach, ale i w dużych da się. Do zapewnienia pieszym wygodnych i bezpiecznych przestrzeni do poruszania się przekonuje duński urbanista i architekt Jan Gehl. Przypomina, że takie zmiany uszczęśliwiają mieszkańców, ale też nakręcają ekonomię, bo chodząc, ludzie nie tylko poznają miasto i związują się z nim, ale też chętniej spotykają się ze znajomymi w kawiarni czy robią zakupy. „Ten czynnik jest często pomijany przez przeprowadzających się” – zauważa Magdalena Nowicka: „Jak wyjaśnia Jonathan Heidt w książce »Szczęście«, ludzie przy podejmowaniu decyzji biorą pod uwagę abstrakcyjne wartości, takie jak »spokój na przedmieściach«, a pomijają realne niedogodności, takie jak długi dojazd do pracy, które ostatecznie decydują o komforcie życia”. Melody Warnick, przeprowadzając się do Austin, także skupiła się na marzeniu o „tętniącym życiem mieście”, pomijając fakt, że życie w milionowej metropolii ma wady. „Gdy sprowadziliśmy się tam na początku lipca, zwaliła nas z nóg fala upałów, która okazała się »zwykłym teksańskim latem«, powietrze drgało od moskitów, a jednym dźwiękiem na wyludnionych ulicach było brzęczenie klimatyzatorów i dlaczego nikt nas nie ostrzegł, ile czasu zajmie nam przebijanie się przez korki do śródmieścia?”. Są też inne czynniki, które sprawiają, że niektóre miejsca mają „żyźniejszą” glebę do „zakorzenienia”. W 2008 roku Instytut Gallupa z organizacją Knight Foundation zapytał mieszkańców 26 miast (od milionowego San Jose w Kalifornii po 19-tysięczne Milledgeville w Georgii), jak w skali od 1 do 10 oceniają swoje przywiązanie do miasta i co sprawiło, że dobrze się w nim czują. Trzy czynniki, które we wszystkich badanych miastach były najmocniej związane z przywiązaniem, to: estetyka, a więc to, jak miasto wygląda, otwartość, czyli to, jak jego mieszkańcy przyjmują nowo przybyłych, oraz oferta społeczna (od klubów sportowych po parki). Co ciekawe, te czynniki były zdecydowanie ważniejsze niż ceny nieruchomości, statystyki przestępstw i jakość szkół. Wyniki te nie dziwią dr Nowickiej: „Dobre sąsiedztwo może sprawić, że pokochamy jakieś miejsce, a nieudany sąsiad zmusi nas do przeprowadzki, choćby i miejsce było najpiękniejsze na ziemi”. Aleksandra Szymków-Sudziarska zauważa, że wciąż daleko nam do sąsiedzkich relacji, jakie mają np. Amerykanie. Jak wynika z badań CBOS, aż 58 proc. Polaków zachowuje dystans wobec sąsiadów, ograniczając się do mówienia im „dzień dobry”. Jako bardziej zażyłe określają tego typu związki osoby mieszkające na wsi – niemal połowa utrzymuje kontakty towarzyskie z niektórymi sąsiadami, a cztery piąte na sąsiadów może liczyć, np. jeśli potrzebuje coś pożyczyć. „Polacy mają niski na tle innych narodów poziom zaufania do innych – aż 75 proc. z nas deklaruje taką nieufność” – wylicza psycholog. „W miastach łatwiej o izolację, a stan ten pogarsza popularność zamkniętych osiedli, które tylko podwyższają poziom lęku osób tam mieszkających”. Szkoda, bo badania pokazują, że silne, dobre więzi sąsiedzkie nie tylko czynią nas szczęśliwszymi i bardziej związanymi z danym miejscem. Np. mieszkanki Tokio, które były związane z sąsiadami, żyły średnio 5 lat dłużej niż ich niemające takich więzów koleżanki.

Kiedy pierwszy raz szłam z koszykiem upieczonych babeczek, aby powitać sąsiadów, którzy wprowadzili się na naszą ulicę, czułam, jakbym nieudolnie kopiowała Bree van de Kamp z amerykańskiego serialu „Gotowe na wszystko”. Udało się: zaprzyjaźniliśmy się z Kasią i Marcinem, ich syn i nasza córka chodzą razem do klasy, organizujemy razem ogniska, grille i Halloween i pożyczamy sobie kosiarki. To oni – oraz inni nowi przyjaciele – przyczynili się do mojego „zadomowienia”.

Nowych więzi w nowym mieście warto szukać wszędzie: dołączyć do klubu sportowego, zostać wolontariuszem. Dr Magdalena Nowicka wspomina przypadek dziewczyny, która wyjechała do pracy do Anglii i w polskim kościele nawiązała pierwsze nowe przyjaźnie. „Wiele w tym procesie zależy od nas: jeśli ktoś jest otwarty na nawiązywanie nowych więzi, to w każdym miejscu będzie szczęśliwy. Inni nigdzie nie poczują się jak w domu”.

Wyjechać? Nigdy w życiu!

Po trzech latach eksperymentu Melody Warnick z dumą odhaczała kolejne punkty na liście przywiązania: miała w Blacksburg przyjaciół, ulubione trasy spacerowe, wiedziała, że w razie czego może liczyć na pomoc ludzi, którzy tam mieszkają. Kiedy więc pewnego wieczoru jej mąż oświadczył, że posada profesora anglistyki na tutejszym uniwersytecie rozczarowała go i że może czas poszukać czegoś innego, wrzasnęła: „Nie chcę stąd wyjeżdżać!”, zdając sobie sprawę, że pokochała Blacksburg. Gdyby mogła mieszkać gdziekolwiek na świecie, wybrałaby to miasto. Jej eksperyment się powiódł.