MAŁGORZATA STAŃCZYK: Ogranicza nas, nie pozwala sięgać tam, gdzie chcemy, utrudnia realizację celów. Sprawia, że nie możemy w pełni wykorzystać swoich możliwości. Po co nam ten wstyd, czy nie lepiej, żebyśmy go nie odczuwali?

AGNIESZKA STEIN: Problem w tym, że zjawisko wstydu ma bardzo wiele warstw. Jest taka warstwa, która ma za zadanie chronić nasze bezpieczeństwo i naszą intymność. Jest też taka, która nas ogranicza albo sprawia, że boimy się oceny. Wszystkie te elementy są w naszym umyśle tak zrośnięte, że trudno nam brać tylko te z nich, które chronią i są ważne, rezygnując z destrukcyjnych i raniących.

Czemu tak się dzieje?

Wynika to stąd, że w rozwoju, wychowaniu i relacji rodziców z dziećmi powszechne kulturowo jest wykorzystywanie przez dorosłych tego naturalnego chroniącego wstydu do załatwiania własnych spraw, czyli do uzyskiwania zamierzonych efektów. Łatwo jest nadużyć wstydu do manipulacji, mówiąc: „Zobacz, kiedy się tak zachowujesz, to inni na ciebie patrzą”, „Tak się nie zachowują grzeczne dziewczynki”, „Jak będziesz tak robić, ktoś będzie się z ciebie śmiał”. Zamiast pielęgnować i wspierać naturalną reakcję, która służy dziecku, używamy wstydu przeciwko niemu.

Rodzice robią to chyba dość bezrefleksyjnie, prawda?

W pewnych sytuacjach nie wyobrażamy sobie, że można zadziałać inaczej, czasem robimy to odruchowo, a zdarza się i tak, że nieświadomie przekazujemy dziecku nasz własny wstyd. Jeśli ja jako matka bardzo boję się oceny innych ludzi, przejmuję się tym, jak wypadłam, mogę powstrzymywać się od podejmowania wyzwań z obawy, że gdy mi się nie uda, inni mnie ocenią. Kiedy coś mi się uda, domagam się pozytywnych ocen, żebym mogła się przekonać, że jestem w porządku. Dzieci uważnie nas obserwują i dochodzą do wniosku, że dbanie o to, by ludzie oceniali nas w pozytywny sposób, jest niezwykle ważnym elementem życia. W efekcie są gotowe bardzo daleko się posunąć, by „zasłużyć” na aprobatę ze strony otoczenia.

Czekaj, czy to znaczy, że uważasz, że dla dzieci byłoby lepiej, gdyby nie zważały na innych?

- Tego nie powiedziałam. Bardzo trudno jest obecnie ludziom dostrzec różnicę pomiędzy pożądaniem aprobaty innych, a braniem ich pod uwagę. Zazwyczaj gdy ludzie mówią do dziecka: „Wstydź się” lub „Inni patrzą”, mają na myśli to, że chcieliby, żeby ich dzieci brały innych ludzi pod uwagę. To uważam za bardzo sensowny cel. W tym procesie myli się jednak wrażliwość na potrzeby innych ludzi, uwzględnianie ich, zastanawianie się jak to, co robimy, wpływa na nich, z pożądaniem ich aprobaty i czynieniem z innych ludzi sędziów, którzy władni są ocenić, czy wszystko z nami w porządku. Nie chodzi o to, by stawiać ludzi wokół w roli tych, którzy nas oceniają, ale by brać pod uwagę ich  potrzeby i perspektywę.

Jakie jest ewolucyjne znaczenie wstydu?

- Ewolucyjną podstawą wstydu jest strach przed rozdzieleniem, a więc potrzeba przynależności, relacji, bycia akceptowanym. Kiedy przynależymy do jakiejś grupy, wstyd jest tym, co chroni przed fizycznym oddzieleniem (przed odległością) i przed oddzieleniem emocjonalnym. Małe dzieci ciągle sprawdzają, czy dorośli je widzą, czy wiedzą, gdzie one są i są świadomi tego, co się z nimi dzieje – to niezbędny element poczucia bezpieczeństwa. Dzieci mają też naturalną potrzebę naśladowania, bo robienie tych samych rzeczy, które robią dorośli członkowie grupy, sprawia, że tworzy się poczucie przynależności, wspólnoty. Dziecko, naśladując dorosłych, czuje, że jest częścią danej grupy. Gdy robi coś, co nadwyręża potrzebę więzi, wtedy samoistnie podejmuje działanie mające na
celu odbudowanie relacji. To wszystko dzieje się spontanicznie, nie wymaga rad ani nakazów. Wstyd pozwala też dzieciom odróżnić bliskie osoby od obcych. Już małe dzieci odnoszą się inaczej do osób, które znają, niż do obcych. Jeszcze inaczej zachowują się w stosunku do najbliższych. Niektóre rzeczy dzieci komunikują tylko w najbliższych relacjach.

Wygląda na to, że wstyd się jednak przydaje…

- Niestety, często zdarza się, że kiedy dorośli obserwują przejawy tego pierwotnego wstydu – np. to, że dziecko chowa się za nogę, wchodząc do nowego miejsca, albo nie chce podać komuś obcemu ręki – wypychają dziecko do przodu, mówiąc „Nie wstydź się”, „Nie ma się czego wstydzić”, „Zachowuj się ładnie”.

Jakie efekty ma takie ośmielanie na siłę?

- Takie zachowania łamią naturalną barierę i narażają na szwank mechanizmy obronne dziecka.

Przed czym konkretnie wstyd chroni dziecko?

- Mówiąc wprost przed tym, by ktoś obcy nie zrobił mu krzywdy, przed naruszeniem granic dziecka. Ewolucyjnie było tak, że ludzie żyli w grupach plemiennych i na co dzień nie spotykali się prawie wcale z ludźmi, których nie znali. Taka sytuacja, w której żyjemy dziś, gdy mijamy kilkaset zupełnie obcych osób dziennie, jest sytuacją z punktu widzenia naszej przeszłości dość nietypową. Dla małego dziecka naturalnym zachowaniem jest to, żeby spotykając osobę spoza swojej grupy, schować się za osobę, którą dobrze zna.

Jaka jest dobra reakcja rodzica na takie zachowanie?

- Zostawienie dziecka w spokoju. Zazwyczaj, kiedy mija pewien czas i dziecko obserwuje, że dorosły czuje się z nową osobą bezpiecznie, samo szuka kontaktu albo akceptuje propozycję jego nawiązania. Zdarza się, że przychodzą do mnie rodzice, którzy niepokoją się „wstydliwością” lub nieśmiałością swoich dzieci. Zwykle podczas rozmowy okazuje się, że ten wstyd nie dotyczy wszystkich dorosłych. Dotyczy on głównie tych, którzy nie dają dziecku przestrzeni na to, by weszło w kontakt w swoim tempie, ale przyspieszają to, naruszając jego granice.

Jakie długofalowe efekty może nieść stosowanie techniki zawstydzania dziecka w celach wychowawczych”?

- Ludzie dorośli, którzy doświadczyli takiego zawstydzania jako dzieci, mogą czuć się stale obserwowani. Są takie osoby, które mają przekonanie, że wszystkie ich wpadki, błędy, potknięcia inni ludzie natychmiast zauważają i zapamiętają. Czują się tak, jakby stale byli w centrum uwagi. Tymczasem osoby, które są świadkami ich potknięć, są zazwyczaj zajęte swoimi sprawami i nie przywiązują do naszych poczynań wagi albo dostrzegają je, ale szybko o nich zapominają. Myślę, że tak popularne dziś przerabianie swojego ciała i pracowanie nad wyglądem także ma wiele wspólnego ze wstydem. Wszyscy musimy wyglądać tak samo, myśleć tak samo, być podobni, by czuć się akceptowani. Taki toksyczny wstyd ułatwia też nadużycia.

W jaki sposób?

- Kiedy człowiek, który się wstydzi, jest nadużywany, obawia się przyznać, że takie wydarzenie miało miejsce. Bardzo łatwo jest przestraszyć dziecko, mówiąc: „Jeśli powiesz komuś, że ci to zrobiłem, to wszyscy będą się z ciebie śmiać”. To nie dotyczy zresztą tylko dzieci, dorosłych też.

Będąc świadomymi rodzicami, możemy unikać takiej manipulacji i zawstydzania, ale gdzieś tam w świecie dziecko i tak się z nią zetknie. Mam tu na myśli przede wszystkim proces edukacji… Czy szkoła może tu zaszkodzić?

- Podatność na taki wpływ to kwestia bardzo indywidualna. Są dzieci, które w szkole bardzo otwarcie komunikują różne rzeczy, są też takie, którym spryt podpowiada, co warto powiedzieć, a co przemilczeć i są wreszcie takie dzieci, które mają nieświadomy przymus, by cały czas pokazywać się z najlepszej strony. Taką praktykę, która wynika ze sprytu, można w sprzyjających warunkach odrzucić i zachowywać się autentycznie. Jeżeli rodzice wspierają dziecko i akceptują je, to zdecydowanie zwiększa szansę na to, że dziecko nie wejdzie w ten mechanizm nieświadomego konformizmu i nieakceptowania siebie. Mam jednak wrażenie, że nawet osoby, które mają silną świadomość tego, że nie chcą wywierać na dzieci toksycznego wpływu, powtarzają zdania, które słyszą w otoczeniu i nie uświadamiają sobie ich zawstydzającej mocy. Myślę, że jako społeczeństwo mamy tu wiele do zrobienia.

A jak wstyd wpływa na sposób, w jaki wchodzimy w relacje międzyludzkie?

- Brené Brown pisze, że toksyczny wstyd uniemożliwia nam wchodzenie w prawdziwe relacje. Kiedy kontaktujemy się z ludźmi, pokazujemy im tylko swój wymyślony wizerunek, bo nie wierzymy, że ktoś może chcieć być w relacji z nami takimi, jakimi jesteśmy. To jest taka strategia wchodzenia w kontakt, która niszczy szansę na autentyczną relację, choć jej celem jest przecież bliskość. Jeśli ja, żeby wejść z tobą w relację, pokazuję ci lepszą wersję siebie i ty decydujesz się wejść w relację z tą lepszą wersją mnie, to cały czas zastanawiam się, co by było, gdybyś poznała prawdę o mnie.

Co może zrobić dorosły, który doświadcza działania toksycznego wstydu, który czuje, że obawa przed oceną go paraliżuje?

- To nie jest krótki proces, zwłaszcza że wstyd jest często zakamuflowany, niewidzialny. Z jednej strony pokazywanie wstydu nie jest dobrze widziane, z drugiej strony zanurzeni jesteśmy w kulturze zawstydzania i nacisku na wizerunek.

Bardzo trudno jest powiedzieć: „Chciałbym wreszcie przestać zastanawiać się, co jest ze mną nie w porządku”, gdy wizerunek jest w naszym społeczeństwie uważany za tak ważny. Decyzja, by przestać zważać na oceny innych, to krok, który trzeba zrobić w kontrze do otoczenia. Gdy czujemy silny wstyd, szczególnie trudno jest to zrobić.

Czasem pomóc może spotkanie osób, które są „inne” niż ogół i nie boją się takie być. Ich autentyczność może być kojąca. Lekarstwem na wstyd jest jednak przede wszystkim uczenie się uważności, czyli bycia w kontakcie z tym, co się z nami dzieje w tej chwili, eksploracja, poznawanie siebie. Bycie w kontakcie ze sobą pozwala na zmierzenie się z ocenami innych.

Pomaga także uświadomienie sobie, że to, co łączy nas jako ludzi, to nie to, że jesteśmy doskonali i nieomylni, ale raczej to, że nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli. Że czasem nam się różne rzeczy nie udają, że przeżywamy trudne chwile.

A bezpieczna relacja – z partnerem, psychoterapeutą, przyjacielem – może być pomocna?

- Myślę, że człowiekowi, który często odczuwa wstyd i ma jedną bezpieczną relację, bardzo łatwo jest ją zakwestionować i powiedzieć: „On jeden mnie akceptuje, ale ludzie w ogóle tylko czekają na moje potknięcie”. Nasilone poczucie wstydu zwykle łączy się z przekonaniem, że jest jeden właściwy sposób, w jaki należy się zachować, wykonać zadanie, jeden efekt jest lepszy od drugiego. Takie osoby dużo energii poświęcają więc na porównywanie się z innymi i sprawdzanie, jak są oceniane przez otoczenie, na poszukiwanie oznak aprobaty lub dezaprobaty ze strony bliższych i dalszych osób.

Czy pracownik, który często odczuwa wstyd, realizuje swój potencjał w sposób ograniczony?

- Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo ludzie są bardzo różni. Przychodzi mi do głowy, że osoba, której wstyd towarzyszy na co dzień, to ktoś bardzo zachowawczy. Gdy coś robi, zawsze zastanawia się, jak inni przyjmą jego decyzję czy propozycję, w związku z czym trudno jest mu mówić rzeczy, które są  niepopularne. Trudno mu być kimś, kto wnosi od siebie nową jakość, pomysły innowacyjne, odmienne od tego, co zastane. Dlatego to, jakie wyniki będzie miał taki pracownik, zależy od kultury organizacyjnej konkretnej firmy. Jeśli tę kulturę można określić jako: „Szef ma zawsze rację i wszyscy się z nim zgadzamy”, to wstydliwy pracownik może radzić sobie w takim środowisku bardzo dobrze. Natomiast jeśli firma oczekuje, że każdy członek zespołu będzie wnosił nowe pomysły, inspiracje, świeże spojrzenie, to może nie zadziałać…