R.R.: Jest pan osobą wierzącą?

J.M.: Jestem, ale aż tak, że temu zaprzeczam. W okresie antypeerelowskiego buntu chciałem nawet zostać księdzem. Wierzę, że istnieje więź żywych i umarłych.

R.R.: Co to znaczy?

J.M.: Dostrzegam w swoim życiu ślady mojego ojca, który o mnie dba. Nie umiem tego zdefiniować w formie obowiązującego prawa, mam jednak na myśli bezpośrednie wydarzenia. Oczywiście istnieje możliwość, że moja tęsknota za zmarłym tatą jest tak silna, że powoduje owe wydarzenia i są one tylko fatamorganą.

R.R.: W książce pisze pan, że się modli.

J.M.: To forma skupienia, medytacji. Poezja jest modlitwą. Modlitwa znaczy dla mnie niezgodę na bycie martwym.

R.R.: Jeden z rozdziałów książki poświęcony jest Don Mimmo, proboszczowi pracującemu na Lampedusie. Mówi on, że tonąca kobieta z dzieckiem jest obrazem Matki Boskiej. Jak pan to rozumie?

J.M.: Znowu musimy wrócić do kul-tury śródziemnomorskiej i Caravaggia. Do słynnego obrazu „Matka Boska Loretańska” pozowała mu kochanka prostytutka i jej dziecko, które trzymała na rękach. Postawił tę dwójkę na progu domu, w którym mieszkał, i kazał dwóm innym osobom, pielgrzymom z brudnymi stopami, klęczeć przed prostytutką, Matką Boską. W kulturze śródziemnomorskiej Chrystus i jego matka żyją pośród nas, przejawiają się w człowieku, który do nas przychodzi. Nurt ludowy we Włoszech zmusza do pytania o to, czy kumpel od piwa, mama, uchodźca, nie są przypadkiem postaciami z Ewangelii. Nie ma w tym metafory. Chodzi o ciągle żywą opowieść o zbawieniu, które może się wy-darzyć teraz.

R.R.: „Ci ludzie z Afryki przychodzą, żeby powiedzieć nam, jak nas odbierają, kim dla nich jesteśmy. I po to, żebyśmy sprawdzili, czy znajdujemy w sobie tę łaskę, którą oni w nas dostrzegają, i czy potrafimy jej sprostać” – mówi Don Mimmo. Co to za łaska?

J.M.: Don Mimmo dalej mówi tak: „Mówią nam, że dla nich jesteśmy bogaci i szczęśliwi. Inaczej by się tu nie zjawili. Nie uciekaliby do nas od biedy. Mówią, że z ich perspektywy żyjemy w braterstwie i pokoju. Bo inaczej nie uciekaliby do nas od wojny. I kiedy oni zadają nam swoje pytanie, bez słów, samym pojawieniem się w naszych domach, jesteśmy zdezorientowani. Bo my myślimy na ogół o sobie jako o źle opłacanych, niedocenianych, pomijanych, przepracowanych, poddawanych przemocy”. Nie dostrzegamy tego, że nasze dzieci chodzą do szkoły, że nie trwa u nas wojna, że większość z nas ma pracę i coś do jedzenia. Zaatakowani możemy dzwonić na policję, korzystać z pomocy medycznej. W trakcie przeprawy praktycznie każda uchodźczyni zostaje zgwałcona. Duża część kobiet podróżujących do Europy jest w ciąży pochodzącej właśnie z gwałtu. Myśmy oszukali świat górnolotnymi deklaracjami. Przez cały PRL mówiliśmy o przywiązaniu do wartości chrześcijańskich, do kultury śródziemnomorskiej, gościnności. Mamy w nosie te wartości. Zostaliśmy nakarmieni i nie chcemy się dzielić. Gdy Odyseusze przesiedli się na pontony, przestali być dla nas ważni, przestaliśmy czytać ich los. Nie jesteśmy już nim przejęci. Tak jak nie czytamy Chrystusa i jego przesłania. Choćby takiego, że Chrystus to biedak, włóczęga, uchodźca. A im bardziej wyostrzone głodem i cierpieniem są jego rysy, tym bardziej jest „ecce homo”. Dante pisał wprost, że człowieczeństwo jest tym bardziej prawdziwe, im wyraźniej linia oczu i brwi układa się w słowo „OMO” – człowiek. Zapominamy, że każdy z nas ma swoje prywatne powołanie, które należy uszanować.

R.R.: Czym jest prywatne powołanie?

J.M.: Na przykład kochaniem drugiej dorosłej osoby, bez względu na to, skąd pochodzi i jakiej jest płci. Cały czas mam w pamięci misjonarza, który opowiedział mi w dzieciństwie o głodujących dzieciach. Tak postrzegam rolę Kościoła, który w gorączce i przejęciu zwraca się w stronę potrzebujących. Nie wchodzę do Kościoła, który uprawia zajadłą politykę, który mówi z nienawiścią o osobach homoseksualnych, który odbiera im prawo do małżeństwa. Nie wchodzę do Kościoła, który syci lęk przed ludźmi uciekającymi przed terrorystami. Blisko mi do kapłanów, którzy jak ks. Alfred Wierzbicki modlą się o uchodźców dla Polski. Bo uchodźcy to życiodajne doświadczenie. Szansa na zbawienie. A teraz przyznam się panu, że co jakiś czas, gdy czuję się światem zmęczony, wraca do mnie marzenie o tym, by zamieszkać na dworcu.

R.R.: I być bezdomnym?

J.M.: Lubię skrajne sytuacje. Na Lampedusie zdarzało mi się zasnąć na ulicy, z bezdomnymi psami. W tym marzeniu jest wolność, życie według własnego po-wołania. Rysiek Kapuściński, mój przyjaciel, mówił mi, dlaczego w podróże nie zabiera rodziny – bo byłby uprzejmy, podawałby płaszcz, odsuwał krzesło. Gdyby moje córki widziały mnie, jak śpię z psami na Lampedusie, martwiłyby się. Uśmierzenie niepokojów własnej rodziny zmusza do zachowania pewnej konwencji – ona nie jest zła, po prostu czasami ogranicza.