W chwili, gdy strzepujesz pyłek,
jesz posiłek, sadzasz tyłek
na kanapie, łykasz wino –
ludzie giną. (…)

W chwili, kiedy mecz oglądasz,
czytasz, co wykazał sondaż,
bawisz dziecko śmieszną miną –
ludzie giną.
(…)

Piosenka o Bośni
Josif Brodski, tłum. Stanisław Barańczak

 

Dziesięć lat temu pojechaliśmy z mężem do Tajlandii. Najpiękniejsza była wyspa Phi Phi. Najpiękniejsza była wyspa Phi Phi. Wygooglaj, a zobaczysz – porośnięte ciemną zielenią skały wchodzące w turkusowe morze, olbrzymie palmy na białych plażach. Widoki w połączeniu z tajskim masażem (stukilogramowa kobieta usiadła mi na plecach i obijała mnie pięściami, w tajemniczy sposób doprowadzając mnie do relaksu uniemożliwiającego funkcjonowanie) – to wszystko sprawiło, że znalazłam się w pocztówkowej wersji życia. Turystów było niewielu.

Mieszkaliśmy w bungalowach oddalonych od siebie. To wzmagało życzliwość. Kiedy dwa razy dziennie spotykaliśmy się w restauracji, jakże byliśmy eleganccy, uprzejmi i komunikacyjnie wytworni! Tacy jak my przenigdy nie przepychaliby się w kolejce, nie nacisnęliby klaksonu w korku. Między takimi jak my nigdy nie wybuchłaby wojna. Obsługa – kelnerzy, recepcjonistki, pokojówki – została przemieniona w ludzi-uśmiechy i ukłony. Była bezszelestna, ale obecna na każde wezwanie.

Trzeciego dnia postanowiłam wyjść poza teren hotelu – do kolekcji plażowych zdjęć chciałam dołączyć ujęcia dżungli – słońce przebijające przez splątaną zieleń, dzikie storczyki, wodospady, rajskie ptaki, te sprawy. Już kilkanaście metrów za hotelowym ogrodzeniem poczułam niepokój, który po chwili zamienił się w niesmak – zamiast storczyków zobaczyłam gęsty rząd pokrytych blachą falistą baraków, sznury, na których suszyły się stare ciuchy, walające się w błocie poniszczone zabawki. Ktoś krzyknął z złością. Ktoś inny odkrzyknął z nie mniejszą. Wtedy i ja poczułam złość – to tutaj mieszkają ludzie-uśmiechy z obsługi? Kto mi tu psuje mój idealny obrazek? Kto mi tu nieestetycznie wchodzi ze swoją nędzą w środek moich idealnych wakacji, pokazując, że były tylko teatrem? Co za nietakt! Fotoszopujesz swoje życie, a w rogu obrazka pojawiają się ludzie, którzy żyją w nędzy. I jeśli popatrzysz dalej, nie tylko w nędzy, ale i głodzie. Jeśli popatrzysz jeszcze dalej – zobaczysz to, o czym pisze Josif Brodski – zło zadawane ludziom przez innych: mordy, gwałty, tortury. Syrię, Tybet, Koreę Północną.

Póki mamy pilota w ręku, naciśnięcie guzika przeniesie nas w świat, w którym Beyonce tańczy na rurze, Gordon Ramsay ryczy: „To jest surowe!”, ktoś przeżywa coś, co nazwie rozpaczą, bo SMS-y widzów wyeliminowały go z finału. Ale pytanie, które zadaję dziś tobie i sobie, brzmi: czy chcemy ten guzik nacisnąć?

Przeczucie, że nie powinniśmy, towarzyszy mi od dzieciństwa. A to za sprawą pewnego zdania, które słyszałam przy posiłkach, kiedy nie chciałam jeść. Tekst padał z ust mojego taty. Nie był to tekst wesoły. Nie był to tekst lekkostrawny. Brzmiał tak: „Trzydzieści tysięcy dzieci dziennie ginie z głodu”. Robi wrażenie, nie zaprzeczysz. Bierze się na takie dictum widelec i nabija na niego stygnącą jajecznicę. Tak dowiedziałam się, że w tym samym czasie, kiedy ja nie cierpię, inni cierpią. I że istnieje związek pomiędzy mną a tamtymi ludźmi, których nigdy nie spotkam.

To poczucie towarzyszy mi całe życie. Tekst o głodujących dzieciach wraca do mnie przy posiłkach w dobrych knajpach. Na przykład nad takim, za przeproszeniem, sushi. Niedawno w środku zestawu lux, który wzięłam do spółki z moim przyjacielem, dopadło mnie to zdanie. Z nigiri w ustach pomyślałam o dzieciach na polach, nomen omen, ryżowych. I nie było to śmieszne.

Spytałam przyjaciela, co o tym myśli (przyjaciel różni się ode mnie radykalnie, głównie tym, że się generalnie nie przejmuje). Czy nie powinno nam być głupio, przynajmniej głupio, skoro już jemy? Nie przestając przeżuwać, powiedział krótko: „Nie widzę związku. Jeśli teraz przestaniesz jeść, to oni i tak nie zaczną”.

Nie mam tej pewności – ani geopolitycznie, ani duchowo. Bo gdyby cierpienie świata odbywało się pod naszym oknem, zrobilibyśmy pewnie krok, dziesięć kroków, zjechalibyśmy windą i uczynilibyśmy coś. Byłoby jasne, że trzeba. A różnica jest geograficzna. Ale z drugiej strony – co mamy zrobić? Ci z nas, którzy nie są gotowi na wyprzedanie majątku i pracę w azjatyckim hospicjum?

Odpowiem za siebie. Po pierwsze moim zobowiązaniem jest otworzyć oczy. Nie zmieniać kanału. Zrobić sobie przykrość, zepsuć obrazek, nie fotoszopować świata. Nie wzdychać pseudoromantycznie, że jestem za delikatna na takie widoki. Serce podpowiada mi też, że jestem zobowiązana do wdzięczności – nie do poczucia winy, bo z tego niewiele pożytku, ale wdzięczności.

To jest moja solidarność z dziewczynką, która wstaje o czwartej, żeby pracować w chińskiej fabryce, z buddyjskim mnichem prześladowanym przez komunistów. „Jeżeli nigdy nie zaznałeś niebezpieczeństwa wojny, samotności więźnia, męki tortur, nie byłeś bliski śmierci głodowej, to masz lepiej niż 500 milionów ludzi. Jeżeli masz pełną lodówkę, ubranie na grzbiecie, dach nad głową oraz miejsce do spania, to jesteś bogatszy od 75 proc. mieszkańców Ziemi. Jeżeli masz pieniądze w banku, do tego w portfelu i trochę drobnych w portmonetce, należysz do 8 proc. uprzywilejowanych” – chcę o tym pamiętać, kiedy korki w mieście określam słowem „masakra!”, złoszczę się, że nie stać mnie na kieckę, frustruję się, że świat jest niesprawiedliwy, bo ktoś ma więcej czy wygląda lepiej.

To niesłychane, w jakie bzdury każe nam wierzyć ego, jak nieadekwatnych uczuć potrafimy z całą mocą doznawać. Ale myślę też, że praca nad poczuciem proporcji to za mało. Że potrzebna jest praktyka: konkretna rzecz, którą robisz regularnie. Czy to będzie kliknięcie, które daje miskę ryżu (www. hungersite.com), czy składanie podpisów w obronie prześladowanych na stronie Avaaz.org czy dotacja dla dziecka w Afryce – twój znak, że nie jest ci wszystko jedno. Ja już znalazłam swoją cegiełkę. Ty, jeśli jej jeszcze nie masz, też poszukaj.