Ostatecznie postawiono tuzin japońskich domków (w rzędach po cztery, by imitować zabudowę japońskich miast), oraz sześć niemieckich domków (trzy w stylu nadreńskim i trzy takie, jakie buduje się w centralnych Niemczech). Wreszcie przeprowadzono testy: bombowce zrzucały tzw. bomby 69 z napalmem oraz – dla porównania – zapalające bomby termitowe tzw. M50 i M52. Okazało się, że przewaga napalmu jest miażdżąca, szczególnie w przypadku japońskich domów. Doprowadził do niekontrolowanych pożarów w ponad dwóch trzecich japońskich domów i ponad jednej trzeciej niemieckich.

HIT EKSPORTOWY

Jednak w pierwszej kolejności napalm znalazł zastosowanie nie w bombach, ale w miotaczach ognia. Do tego momentu nie używano ich w walce na większą skalę ze względu na to, że były mało skuteczne. Ich „wsad” stanowiła zwykła benzyna, która w większości wypalała się, zanim dotarła do celu. W efekcie miotacze można było stosować tylko przy odległości rzędu kilku metrów.

Fieser przekazał próbki napalmu do laboratorium Massachusetts Institute of Technology pracującego dla NRDC. Tam w trakcie testów odkryto, że napalm wystrzeliwał na kilka razy większą odległość. W rezultacie zastosowanie napalmu w miotaczach ognia zwiększyło ich zasięg do 45–70 metrów, a także zwiększyło ilość palnego środka dostarczonego do celu dziewięciokrotnie (w tradycyjnych miotaczach do celu docierało 10 proc. wystrzelonej benzyny, w napalmowych – 90 proc. użytego napalmu).

Po raz pierwszy miotaczy ognia wypełnionych napalmem użyto w sierpniu 1943 r. w tzw. Operacji Husky, czyli inwazji na Sycylię. Niebawem zaczęto wykorzystywać go do bombardowań. W październiku 1943 r. 13 tys. bomb z napalmem i środkami wybuchowymi zrzucono na fabrykę samolotów FockeWulf na wschód od Malborka. Kiedy wojskowi zobaczyli, jak wielką skuteczność mają bomby wypełnione nową substancją, przekierowali dostawy z wojsk lądowych do lotnictwa. W sumie na Niemcy zrzucono 500 tys. bomb z napalmem. Już w grudniu 1943 r. bomby zapalające, w tym te z napalmem, stanowiły 40 proc. wszystkich zrzuconych przez amerykańskie lotnictwo w Europie. Jeszcze w styczniu 1943 r. tylko jedna fabryka produkowała napalm w USA. Pod koniec roku było ich już dziewięć. Dostawy wzrosły z 250 ton proszku w 1943 r. do 4000 ton w 1944 r. i 6000 ton w 1945 r. Popyt na nową substancję był tak duży, że już od lata 1944 r. jej dostawy od razu kierowano do portów w Normandii, by zaoszczędzić czas.

TEN ZAPACH BYŁ TROCHĘ SŁODKAWY

Jeszcze większą rolę żel zapalający odegrał w złamaniu oporu Japończyków. W wojnie na Pacyfiku chrzest bojowy nowej broni nastąpił 15 grudnia 1943 r. Wówczas amerykańscy żołnierze wykorzystali go do „wykurzenia” obrońców z jaskini znajdującej się na wyspie Pilelo niedaleko Papui-Nowej Gwinei. Japończycy często chowali się w jaskiniach i odmawiali poddania się. By im to uniemożliwić, zwiększono liczbę miotaczy ognia z napalmem będących  w dyspozycji każdego oddziału amerykańskiej armii w Azji, ze 141 w czerwcu 1944 r.do 243 w lutym 1945 r.

Pierwszy atak lotniczy wykorzystujący żel zapalający przeprowadzono 15 lutego 1944 r. Bomby spadły na miasto Pohnpei, stolicę jednej z wysp należących do Skonfederowanych Stanów Mikronezji. Jednak dowództwo armii USA bardzo długo broniło się przed masowymi nalotami na japońskie miasta i zrzucaniem bomb z napalmem. Z wcześniejszych testów wiadomo było, że zbudowane w większości z drewna i papieru japońskie miasta mogłyby zostać spalone na popiół. Roosevelt podkreślał wielokrotnie, że naloty na cele cywilne to barbarzyństwo, którego Amerykanie nie zamierzają popełniać. Przez większość wojny starali się więc w miarę możliwości precyzyjnie uderzać w cele wojskowe (Brytyjczycy nie mieli takich oporów i urządzali niemieckim miastom dywanowe naloty). Jednak w Azji takie naloty były bardzo trudne ze względu na silne wiatry i chmury, które zasłaniały cele (amerykański generał Curtis LeMay szacował, że średnio tylko przez trzy–cztery dni w miesiącu pogoda w Japonii umożliwiała dokładne bombardowanie).