Dlatego na przykład fabrykę samolotów Nakajima w Musashino (miasto na wyspie Honsiu) bombardowano tradycyjnymi bombami pięć razy bez skutku. 7 stycznia 1945 r. Haywood Hansell, stojący na czele XXI dowództwa bombowców, został zwolniony ze stanowiska za brak efektów, a na jego miejsce powołano generała Curtisa LeMaya. Lauris Norstad, zastępca dowódcy sił powietrznych USA w Waszyngtonie, poinformował go, że jak nie zacznie wykazywać rezultatów, to także zostanie zdymisjonowany. Co więcej, oznajmił mu, że brak efektów będzie oznaczał konieczność dokonania inwazji Japonii, która na tym etapie kosztowałaby życie pół miliona amerykańskich żołnierzy.

Rozwiązaniem okazał się napalm, ponieważ bombardowanie nim nie wymagało precyzji (na przykład w 1871 r. tzw. Wielki Pożar w Chicago zniszczył większość miasta zamieszkanego przez 324 tys. osób; by go spowodować, wystarczyło, że jedna krowa kopnęła lampę naftową). Już 3 lutego 1945 r.69 bombowców zrzuciło 160 ton napalmu na mieszkalną część Kobe, wówczas 6. największego miasta w Japonii. Wykonane później zdjęcia lotnicze pokazywały bardzo duże zniszczenia w strefie mieszkalnej, ale także w sąsiadującej z nią strefie przemysłowej. 25 lutego bombowce B29 zrzuciły 453 tony napalmu i materiałów wybuchowych na Tokio. Pożar, który wybuchł, zniszczył 28 tys. budynków. Aby jeszcze zwiększyć zasięg zniszczeń, LeMay postanowił dokonać kolejnego ataku na Tokio, tym razem na niskiej wysokości (z pułapu 1,5 km, zamiast 7,5 km jak poprzednio). Generał nakazał  też zdemontować większość broni w samolotach i zostawić w nich tylko dwóch członków załogi (pilota i kanoniera). W rezultacie bombowce mogły wziąć o jedną trzecią bomb więcej niż zwykle. Skutki nalotu były porażające.

„Prądy powietrzne przyniosły mdlący zapach, zapach, którego – mam wrażenie – nigdy nie będę w stanie do końca zapomnieć,  zapach palącego się ludzkiego ciała. Później dowiedziałem się, że niektórzy piloci i członkowie załogi wymiotowali w reakcji na ten swąd albo nawet mdleli” – napisał w autobiografii Robert Knight Morgan (1918–2004), amerykański pilot wojskowy z czasów II wojny światowej. Chester Marshall, inny pilot, który brał udział w tych nalotach, potwierdzał: „Na wysokości półtora kilometra można było czuć palone ciała. Nie mogłem nic jeść przez dwa albo trzy dni. Wiecie, to było  mdlące, naprawdę. (…) Ten zapach był taki trochę słodkawy”.

NAJWIĘCEJ OFIAR W HISTORII

39 km kw. w centrum jednego z największych miast świata leżało w gruzach (dla porównania w Hiroszimie zniszczono 13 km kw.). 88 tys. ludzi zginęło, 41 tys. było rannych, a ponad milion straciło dach nad głową. 267 tys. budynków zniszczono. Generał Henry Arnold wysłał telegram do LeMaya z gratulacjami. Pisał w nim, że była to… „akcja wojskowa, która przyniosła najwięcej ofiar w historii świata”. Zaledwie  29 godzin po tym, jak ostatni bombowiec wrócił znad Tokio, Amerykanie dokonali podobnych nalotów na kolejne największe japońskie miasta. Trwały dziesięć dni i skończyły się dopiero wówczas, gdy zabrakło amunicji. 13 kwietnia 1945 r., po trzech tygodniach przerwy, bombardowania wznowiono i kontynuowano aż do kapitulacji.

Przed oficjalnym zakończeniem wojny oszacowano, że zniszczono 42 proc. powierzchni terenów przemysłowych Japonii. Zabito przy tym  330 tys. cywilów, którzy najczęściej ginęli z powodu oparzeń. 66 największych japońskich miast (z wyjątkiem Kioto) przestało istnieć jako cele wojskowe. Po rozpoczęciu nalotów z napalmem 8,5 mln Japończyków uciekło z domów. Liczba mieszkańców Tokio spadła z 5 mln 1 stycznia 1945 r. do 2,3 mln 1 sierpnia. Na efekty nie trzeba było długo czekać. „Zasadniczo rzeczą, która sprawiła, że pojawiła się determinacja do zawarcia pokoju, były przedłużające się bombardowania B29” – powiedział były japoński premier Fumimaro Konoye. „Ja sam po nalotach B29 uważałem, że nasza sytuacja była beznadziejna” – wtórował mu były admirał Kantaro Suzuki, który pełnił funkcję premiera kraju od 7 kwietnia do 17 sierpnia 1945 r. i negocjował warunki kapitulacji.

Stworzenie żelu zapalającego było pięć tysięcy razy tańsze niż „atomówki”  (5,2 mln USD do 27 mld dzisiejszych USD). Jeżeli podzielić koszty stworzenia broni przez liczbę zniszczonych nią miast, okaże się, że doprowadzenie do ruiny jednego japońskiego miasta za pomocą napalmu kosztowało  83 tys. USD, a bombą atomową –  13,5 mld USD.  Ale zwycięstwo nie obyło się bez wyrzutów sumienia. Generał LeMay powiedział w 1945 r. pracującemu z nim w czasie II woj ny światowej porucznikowi, a późniejszemu ministrowi obrony USA (1961–1968) Robertowi McNamarze, że gdyby USA przegrały wojnę, to ich obydwu oskarżono by za naloty z napalmem o zbrodnie wojenne. W 2003 r. 87letni wówczas MacNamara w wywiadzie przeprowadzonym przez Jamesa Carrolla oświadczył: „Tak, to była zbrodnia wojenna”. I jak zanotował w książce Carroll, wypowiadając to, znajdował się na granicy płaczu. Wynalazca napalmu Louis Fieser do końca utrzymywał, że nie wiedział, iż jego wynalazek zostanie użyty przeciwko – jak to ujął – „niemowlętom i buddystom”. Podobno był przekonany, że jego głównym zastosowaniem będzie niszczenie rzeczy. W wypowiedzi dla „The New York Timesa” z 27 października 1967 r. porównał się do producenta pistoletów i zaznaczył, że nie ma sobie nic do zarzucenia.

Zresztą w latach 40. i 50. mało kto miał obiekcje przed użyciem tej broni. W 1952 r. Amerykański Urząd Patentowy wydał patent numer 2606107 na „Żele zapalające”, sprawiając, że formuła napalmu stała się dostępna na świecie. Jednak już w 1948 r. Królewskie Hellenistyczne Siły Powietrzne Grecji użyły dostarczonego przez Amerykanów napalmu przeciwko komunistycznym siłom w górach Grammos. Tysiące żołnierzy poddało się albo wycofało do sąsiadującej Albanii czy innych państw bałkańskich, gdzie zostali rozbrojeni. „The New York Times” podawał, że amerykańscy eksperci byli przekonani, iż kluczowe dla zwycięstwa okazały się bomby zapalające.