Rympałek urodził się w środowisku praskiej patologii, na Pradze Południe. Dla chłopaka z tych okolic droga do kariery wiodła przez sale treningowe – Marek Cz. uprawiał zapasy, boks, generalnie sporty walki, dzięki czemu załapał się na bramkę do jednego ze stołecznych klubów. To były takie czasy, że nawet dobrze zapowiadający się sportowiec nie miał „kapusty” i musiał szukać źródeł zarobkowania. Rympałek trochę postał tu, trochę tam, poznał wielu ludzi i powoli jego nazwisko zaczynało coś znaczyć. W końcu stworzył własną ekipę, z którą coś tam sobie dłubał – głównie kradzieże, paserstwo.

To był 1993 rok. Ale trafiła kosa na kamień – ktoś go „nadepnął” i kazał mu się opłacać. Rympałek zrozumiał, że jeśli chce się rozwijać, musi mieć za sobą jakąś większą grupę – tak trafił do Kiełbachy, czyli Wojciecha K., z którym byłem wówczas bardzo blisko związany. Można powiedzieć, że stanowiliśmy nierozłączny duet.

I Kiełbacha powiedział mu: „w porządku, mów, że jesteś od nas”. Od nas, czyli pruszkowskiej podgrupy, którą kierował Kiełbacha i Dreszcz. Ten drugi miał szacunek i w mieście, i we wszystkich więzieniach – starzy naprawdę się go bali. Był, mówiąc w slangu gangsterskim, „sztywny”.

Początki Rympałka w Pruszkowie były bardzo skromne – facet znał swoje miejsce w szeregu, nie podskakiwał, wiedział, kto ma „power”, a kto jest na samym dole hierarchii. On właśnie był na dole. W tamtym czasie często przesiadywaliśmy w kawiarni Telimena – tuż obok prokuratury na Trębackiej. Kiedy pojawiał się tam Rympałek, nie podchodził do naszego stolika, tylko czekał na znak – jak mu ktoś z naszych skinął ręką, dopiero się ośmielał przysiąść. Nawiasem mówiąc prokuratorzy doskonale wiedzieli, kim są stali klienci Telimeny – patrzyli z balkonów i na nas, i na swoje samochody, które im zastawialiśmy. Takie czasy!

Grupa Rympałka była jedną z wielu, które wówczas podporządkowaliśmy sobie, i które dla nas „latały”, przynosząc pieniądze – a to furę ukradli, a to obrobili jubilera. Marek Cz. Dostał też od nas pozwolenie „latania” po agencjach towarzyskich, które powstawały jak grzyby po deszczu. Wszystkie musiały się nam opłacać, nawet jeśli właścicielem był policjant.

W 1993 roku doszło do poważnego kryzysu w grupie – otóż Pershing, czyli Andrzej Kolikowski, dowiedział się, że otwocki gangster o pseudonimie Żyd poszukuje killera, bo chce kogoś „odpalić”. A Żyd był z nami w jednej grupie. I Pershing wyciągnął wniosek, że to on ma być celem. W tym czasie Kolikowski był w bardzo złych stosunkach z Kiełbachą – owszem, widywali się (biznes to biznes), ale wódki ze sobą nie pijali. Podjąłem się mediacji i przekonałem Pershinga, który mnie naprawdę lubił, żeby zakopał topór wojenny, bo nikt z grupy nie chce jego śmierci. Uwierzył. Ale w wyniku tego konfliktu Kiełbacha poczuł się osamotniony i bezbronny – uznał, że jedyną ochronę może mu zagwarantować Rympałek.

Akurat wtedy doszło do zamachu na Wojtka – Paweł M. pseudo Małolat podłożył bombę w jego domu. Na szczęście kiepski był z Małolata zawodowiec i nic się nikomu nie stało. Podobnie jak wtedy, gdy ekipa pojechała z bazuką, żeby rozwalić dom Dziada w Ząbkach. „Odpalili” pocisk, który zrobił dziurę w ścianie i tylko przewietrzył mieszkanie Henrykowi Niewiadomskiemu.

W sierpniu 1994 roku poszedłem do aresztu za rzekomy gwałt, którego nie było – gdy wyszedłem na wolność w czerwcu 1995 r., zobaczyłem już zupełnie innego Rympałka. Nie tego wystraszonego drobnego złodziejaszka, ale panisko pełną gębą. Nawet starzy czuli przed nim respekt – kiedyś wezwali go na spotkanie, a on przyjechał ze swoją grupą i ich otoczył. Mało nie narobili w portki... Dlatego jakiś czas potem poprosili mnie, żebym związał się z grupą Rympałka jako jego doradca, ktoś w rodzaju mafijnego consigliere, aby wiedzieć, co kombinuje.