Jest listopad 1981 roku. W bazie lotniczej Andrews koło Waszyngtonu ląduje wojskowy samolot z zachodnich Niemiec. Błyskawicznie zostaje otoczony przez agentów CIA i żołnierzy sił powietrznych z bronią gotową do strzału. Takie środki ostrożności towarzyszyły dotąd jedynie wizytom prezydentów. Samolotem przyleciała jednak zwykła rodzina: 50-letni niepozorny mężczyzna, kobieta w podobnym wieku i ich dwóch dwudziestoparoletnich synów. W padającym śniegu i zacinającym wietrze zostają przeprowadzeni z płyty lotniska w stronę czarnych limuzyn, które szybko ruszają do oddalonego o kilkadziesiąt mil tajnego ośrodka CIA.

Po niespełna godzinie kolumna dociera na miejsce. Rodzina zostaje wprowadzona do budynku, w którym będzie mieszkać, pilnowana dzień i noc przez uzbrojonych ludzi. Z pozoru to zwykły amerykański dom z czterema sypialniami, dwiema łazienkami, kuchnią i salonem. W kominku płonie ogień, lodówka jest dobrze zaopatrzona, na stole stoi wazon z bukietem kwiatów. Widać, że gospodarzom zależy, by przybysze poczuli się w nowym miejscu komfortowo i bezpiecznie. Tylko nieliczni pracownicy Agencji wiedzą, jak brzmi prawdziwe nazwisko przybyszów: Kuklińscy. To nie są zwykli uciekinierzy z bloku wschodniego. Pułkownik Ryszard Kukliński przez niemal 10 lat współpracował z CIA jako informator „Mewa" i „Jack Strong", przekazując Amerykanom bezcenne dane o uzbrojeniu i planach wojennych armii Układu Warszawskiego.

W czasach zimnej wojny konstruktorzy szpiegowskich gadżetów osiągnęli szczyty kreatywności. Dzisiaj niektóre z ich wynalazków mogą budzić uśmiech zażenowania lub wręcz przeciwnie – przerażenie

Przybyszom nie wolno wychodzić z domu. Trwa typowa kontrwywiadowcza kwarantanna, chociaż o nieco komicznym charakterze. Wszystkie pomieszczenia domu mają zamontowany podsłuch, jednak obsługujący go oficerowie... nie znają polskiego. Zabraniają więc rozmów po polsku, pozwalając jednak na konwersacje. po rosyjsku. Ponieważ żona i synowie Ryszarda Kuklińskiego słabo znają ten język, rodzina najczęściej milczy. Przymusowa izolacja jest jednak dla pułkownika okazją do pozbierania myśli po pełnych dramatyzmu wydarzeniach ostatnich dni.

AKT ZDRADY

Poniedziałek, 2 listopada 1981 roku. W pierwszym dniu po krótkim urlopie pułkownik Kukliński zostaje wezwany przez telefon do gabinetu szefa Sztabu Generalnego gen. Jerzego Skalskiego. Przy wielkim stole w kształcie litery T oprócz generała siedzi czterech innych wysokich rangą oficerów. Są bladzi, miny mają ponure. „Doszło do katastrofalnego przecieku - mówi Skalski. - Do aktu zdrady”.

Z relacji generała wynika, że polski kontrwywiad w Rzymie uzyskał informację o posiadaniu przez CIA najnowszej wersji planów wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Kukliński wie, że gra się skończyła: na dokumentach, które przekazał Amerykanom, była własnoręcznie dokonana przez niego poprawka. Oficerowie nie zamierzają jednak szukać zdrajcy we własnym gronie. Podejrzenia padają na MSW, na podwładnych generała Czesława Kiszczaka, na ulokowanego we władzach agenta „Solidarności”. Pułkownik zdaje sobie sprawę, że ma jeszcze kilka dni, zanim kontrwywiad ustali, skąd pochodził przeciek. Musi uprzedzić żonę i synów, a potem... Wie, że CIA przygotowało plan ewakuacji tylko dla niego. Czym dla najbliższych byłaby jego ucieczka i życie z piętnem „rodziny zdrajcy”?

Jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się samobójstwo W domu przy ulicy Rajców 11 na warszawskim Nowym Mieście pułkownik włącza radio na cały regulator, by zagłuszyć wypowiadane słowa. Rozmowa z żoną jest krótka i gwałtowna. Joannę zwaną Hanką, młodszą od niego o dwa lata, Kukliński zna niemal od dziecka, jednak nigdy nie powiedział jej o współpracy z CIA. Podobnie jak starszemu synowi Waldkowi, zdeklarowanemu komuniście. W działalność ojca wtajemniczony jest tylko młodszy Bogdan. Po pierwszym szoku Hanka wybucha: „Ucieknijmy wszyscy! Niech Amerykanie coś zrobią, niech nam pomogą!”.