W życiu chyba każdego kierowcy, bez względu na jego umiejętności, pojawia się kilka samochodów kluczowych, które pamięta się przez lata. Dla mnie niewątpliwie było to Cinquecento, w którym przygotowywałem się do egzaminu w PZM, Fiat 126p, w którym zdawałem egzamin, a który to świetnie sprawdza się w roli samochodu kultowego i sentymentalnego a znacznie gorzej wypadał jako auto na co dzień, czy Łada Samara – mój pierwszy samochód, w którym obok nauki trzymania nerwów na wodzy szkoliłem swoje umiejętności kierowania samochodem osobowym czy raczej czołgiem lekkim, miejskim (jeśli zaszła potrzeba, także bez hamulców). Potem było różnie, ale jest jeden samochód, który kilka lat temu wywrócił mój motoświat do góry nogami i gdyby nie on, dziś być może nie byłoby tego bloga. Mesdames et messieurs: BMW serii 5!

Fot. Robert Wiertlewski

Cóż takiego uczyniła mi Piątka, że tak wyryła się w moim hipokampie? Wiele! Primo, to pierwszy samochód, który prowadziłem, a który cenowo leżał blisko niezłego mieszkania w Warszawie, za to daleko poza moim zasięgiem. I cóż z tego, ktoś mógłby się zadumać. A no to, że to pozwala zrozumieć, dlaczego niektóre samochody można uznać za przedłużacze (tutaj trzeba sobie dopowiedzieć co nieco z anatomii). I niech rzuci kamieniem każdy, kto nie szuka krzty próżności za kierownicą! Secundo: moc! Nie potrafiłem zrozumieć, po co komu do jazdy w mieście samochód 200–300-konny, dopóki nie pojeździłem takowym. Nie sądziłem, że samochód może wywoływać tak wiele emocji i powodować szybsze bicie serca. I naprawdę nie da się tego pojąć nie spróbowawszy na własnej skórze. Po drugie secundo (moja znajomość łacińskich liczebników skończyła się cztery zdania wcześnie): choć zabrzmi jak wyświechtany banał, przyjemność z jazdy. Samochód zawsze traktowałem w sposób czysto praktyczny. Nie musiał być nadzwyczajny. Miał się przemieszczać z punktu A do punktu B bez powodowania zbyt wielu niedogodności. Nagle okazuje się, że można tak skonstruować auto, że człowiek nie ma ochoty wracać do domu i celowo jeździ objazdami. Skórzane i drewniane wykończenie wraz z niezliczoną ilością systemów asystujących, o których istnieniu nie miałem pojęcia, była wisienką na torcie.
Kiedy dowiedziałem się, że blisko 5 lat później znowu będę mógł pojeździć Piątką, umierałem z ciekawości (no OK, trochę histeryzuję, ale byłem bardzo ciekaw). BMW 5 to samochód szczególny z jeszcze jednego powodu, to pierwsze auto, które mogę testować po raz drugi, w nowej odsłonie (choć pierwszy raz był na długo przed tym blogiem), zatem nie obeszło się bez porównań.

Fot. Robert Wiertlewski

Patrząc na BMW 5, ma się wrażenie, że to samochód z wyglądu mało nachalny. Jest ładny, owszem, ale to nie jest sylwetka, za którą oglądają się ludzie (za to nie umknął uwadze panom z warszawskiej drogówki, którzy postanowili zatrzymać mnie do rutynowej kontroli – pozdrawiam serdecznie). Gdyby przyrównać Piątkę do tekstyliów, to byłby to taki dobrej jakości i dobrze skrojony garnitur w stonowanym kolorze. Trudno mówić o jakieś większej rewolucji. Trochę większa chłodnica, trochę mniejsze reflektory, czyli wszystko żeby samochód wyglądał świeżo na miarę swoich czasów.

Co ciekawe, sam samochód wydawał mi się mniejszy od poprzednika, zarówno w środku jak i na zewnątrz, ale okazało się, że to moje subiektywne odczucie nieznajdujące potwierdzenia w rzeczywistych parametrach, bo Piątka jest dłuższa i szersza od tej, która jeździłem wcześniej. Skąd takie wrażenie? Nie wiem. Podejrzewam, że w ciągu tych kilku lat jeździłem samochodami znacznie większymi i moje wspomnienia zostały zafałszowane (najwyraźniej nie tylko złowione ryby rosną w męskiej pamięci na przestrzeni lat), pomagają także systemy parkowania, dzięki którym łatwiej parkować „na styk”.

Fot. Robert Wiertlewski

Za to całkiem dobrze pamiętałem, że w środku jest przyjemnie. Wygodne fotele, przyjemna kierownica i ergonomia to standard, ale kto byłby skłonny zapłacić gruby hajs, gdyby było inaczej? A najlepsze jest to, że w końcu (werble!) można sterować systemem multimedialnym za pomocą palców (i gestów)! No i czego ja się będę teraz czepiał? No może trochę tego, że sam system nie zmienił się zbytnio. Choć interfejs jest ładny, to mało instynktowny. Szukajcie a znajdziecie. Zabrakło mi także HUD, czy to w samochodzie tej klasy nie powinien być już standard? No i chyba ostatnia łyżka dziegciu – rozczarował system audio, być może ktoś coś pokręcił, ale brakowało niskich tonów. Niestety nie udało mi się odnaleźć w systemie ustawień audio (szukajcie, a nie znajdziecie).
Ponownie, tak jak przed laty, jeździłem dieslem i automatem (wersja 520d) i kolejny raz – i nie mówię tu tylko o doświadczeniach z BMW – przypomniałem sobie jak dobre jest to połączenie. Odnosi się wrażenie, że samochód reaguje na nasze zamiary w tej samej nanosekundzie, w której wciśniemy pedał gazu/hamulca. I tak samo jak w poprzedniej wersji nie ma się ochoty wysiadać. Jest miło i miękko. No, może chwilami zbyt miękko. To co szczególnie mnie zaskoczyło to zwinność tego auta. Za każdym razem kiedy wydawało się, że się nie wyrobię, nie wcisnę, nie zawrócę, okazywało się że się mylę. To – obok systemów parkowania – kolejny element, dzięki któremu odnosiłem wrażenie jazdy samochodem mniejszym niż w rzeczywistości.

Jazda BMW 5 po tylu latach przypomniała mi, dlaczego to auto robi na mnie aż takie wrażenie, choć tym razem jeździłem już bez rumieńca na twarzy. Gdybym jednak wygrał dziś trochę gotówki do zbycia, sięgnąłbym po BMW 6, bo oprócz tej samej przyjemności z jazdy ma jeszcze przyjemniejszy jak dla mnie wygląd (czyli znowu wygrywa przedłużacz). I jak zawsze pozostawiam te rozważania w sferze teoretycznych.

Bonus track. Piątką można sterować nie tylko za pomocą nogi, ale także … palca. I to z zewnątrz (nie moje wideo):