Amerykański komik Aziz Ansari przeprowadził wraz z Erikiem Klinenbergiem, profesorem socjologii na Uniwersytecie Nowojorskim, ogromny projekt badawczy analizujący życie seksualne dwudziestolatków na całym świecie. Wybrali się m.in. do Japonii. Anzari spodziewał się, że supernowoczesne, zinformatyzowane Tokio, pełne wymyślnych barów i klubów, jest ikonicznym przykładem XXI-wiecznej kultury schadzek i wolnej miłości. Bardzo się pomylił.

Pytani o relacje z kobietami młodzi Japończycy wymawiali się pracą, w rzadkich wolnych chwilach grali w gry i wychodzili napić się z kolegami. Co prawda nawiązywali znajomości przez internet, ale przeszkadzało im, że „dziewczyny za bardzo pokazują, że chcą mieć chłopaka”, „są zbyt zdecydowane”. Wątpili też, czy się spodobają. Brak pewności siebie i lęk przed odrzuceniem sprawiał, że przeciągali wirtualne znajomości miesiącami – bez żadnego efektu w realu. Wymieniali mnóstwo e-maili i SMS-ów, ale gdy dochodziło do propozycji spotkania, wycofywali się. Takich mężczyzn określa się w Japonii mianem „roślinożerców” – zalicza się do nich 60 proc. samotnych mężczyzn w wieku 20–30 lat. Ich pojawienie się jest efektem dwóch zjawisk – rozpowszechnienia internetu i stagnacji gospodarczej. W kulturze, w której źródłem pewności siebie są dla mężczyzny praca i pieniądze, ich brak skutkował wycofywaniem się do wirtualnego świata. W nim można było flirtować miesiącami, udając kogoś innego. Gdy padała propozycja, by z niego wyjść, wpadali w panikę. 

Jak pisze Ansari, desperacja młodych Japonek była w Tokio tak wielka, że zaczęły przejmować role zarezerwowane dotąd dla mężczyzn. Podchodziły na ulicy, prosząc o telefon, proponowały spotkania. Takie kobiety zaczęto dla odmiany nazywać „mięsożernymi”. Jednak ich inicjatywy rzadko kończyły się sukcesem. Nawet jeśli dostały upragniony numer, zaczynała się niemająca końca wymiana SMS-ów, rzadko kiedy uwieńczona randką.

 

Jurni dziadkowie, cnotliwe wnuki

Niewesołe wnioski płyną też z opublikowanych niedawno badań dr Jean M. Twenge z San Diego State University. Ta amerykańska psycholożka i autorka książek „Generation Me” oraz „Narcistic epidemic” ustaliła, że najbardziej bujne życie erotyczne miało pokolenie dzisiejszych 70-latków. Ich młodość przypadła na przełom lat 60. i 70. XX w. Była to epoka seksualnej rewolucji, której zapalnikami stały się obyczajowy bunt przeciw autorytarnemu społeczeństwu oraz upowszechnienie pigułki antykoncepcyjnej. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

O ile urodzeni w latach 1900–1940 Amerykanie mieli w ciągu życia od 3 do 5 partnerów seksualnych, o tyle wśród urodzonych w latach 40. i 50. XX wieku „baby boomersów” liczba ta wypikowała do jedenastu – wynika z badań. To niepobity do dziś rekord. Dzieci inicjatorów seksualnej rewolucji nie miały już tak łatwo. Ich młodość przypadła na czasy strachu przed epidemią AIDS, co nie sprzyjało seksualnej swobodzie. Efekt – średnio 10 partnerów seksualnych w życiu. Jednak największy spadek zaliczyło pokolenie wnuków, czyli dzisiejsi 20–30-latkowie. Średnia dla nich prognozowana przez dr Twenge to 8 partnerów. Jest to o tyle dziwne, że średni wiek zawierania małżeństw wzrósł w ciągu półwiecza o ponad sześć lat. Oznacza to, że dwudziestolatkowie mają o wiele więcej czasu na wolną miłość niż ich dziadkowie. Jednak korzystają z niego bardzo wstrzemięźliwie. Dr Twenge widzi jedną z przyczyn w późniejszej niż kiedyś inicjacji seksualnej. Powodem znów jest internet. Kiedyś aby znaleźć partnera, trzeba było po prostu wyjść z domu i „łapać okazję”. Dziś okazji w sieci jest tak wiele, że sam wybór staje się problemem. Aziz Ansari nazywa to „problemem miliona drzwi”. Które warto otworzyć, a których nie? Dziadkowie mieli wybór ograniczony praktycznie do najbliższego sąsiedztwa, znajomych z pracy lub szkoły. Jeśli w tym otoczeniu były 2–3 atrakcyjne osoby, trzeba było szybko działać. Zawieraniu znajomości sprzyjała też chęć szybkiego usamodzielnienia się i wyprowadzenia od rodziców. Pod tym względem millenialsi są zupełnie inni. O ile w 1960 r. niemal 70 proc. Amerykanów po 20. roku życia było już po ślubie, o tyle dziś odsetek ten wynosi zaledwie 25 proc.

10 powodów seksualnej kontrrewolucji

  1. INTERNET. Daje tyle możliwości znalezienia partnera, że problemem staje się sam wybór. No i ta obawa przed porażką stworzonej w sieci „lepszej wersji siebie”.
  2. SEKSTING. Internetowe i esemesowe flirty wydłużyły czas do pierwszej randki. Coraz więcej osób potrzebuje wyłącznie takiego wirtualnego związku.
  3. MEDIA. Bombardowani od dzieciństwa informacjami o pedofilach i przemocy seksualnej millenialsi nabrali w końcu przekonania, że ta sfera życia jest czymś groźnym i pełnym pułapek.
  4. ODPORNOŚĆ NA PRESJĘ. Asertywność millenialsów jest dobrą cechą, ale to broń obosieczna. Oznacza, że trudniej ulegają oni presji na wczesne rozpoczynanie życia seksualnego wywieranej przez rówieśników oraz naciskom na zawarcie małżeństwa ze strony rodziny.
  5. DOSTĘPNOŚĆ ANTYDEPRESANTÓW. Poprawiają nastrój, ale stępiają emocje i libido. A bez nich nie ma seksu.
  6. SIECIOWE PORNO. Seksualne podniecenie można znaleźć w każdej chwili na wideo. Nagroda jest dostępna od razu – jak w grze komputerowej. Po co więc starać się i tracić czas w realu?
  7. KRYZYS FINANSOWY. Mieszkanie z rodzicami, kłopoty z pracą, brak pieniędzy, by „zaszaleć”, nie dodają młodym mężczyznom pewności siebie.
  8. ANTYSEKSUALNY JĘZYK. Wyeliminowanie z języka słów o podtekście erotycznym nie sprzyja dyskusjom na „te tematy”.
  9. INNE PRIORYTETY. Nauka, praca, rozwój osobisty to dla wielu millenialsów sfery życia o wiele ważniejsze niż seks i związki.
  10. NIC DO ODKRYCIA. Gdy padły już niemal wszystkie seksualne tabu, skończyły się też towarzyszące ich obalaniu emocji.

 

Związek to nie gra

Dr Idliko Kovacs, psychiatra z uniwersytetu w San Diego, przyczyny seksualnej kontrrewolucji widzi we wpojonym dwudziestolatkom strachu o własne zdrowie. „To pierwsze pokolenie, które zamiast chodzić do szkoły, było wożone do niej w fotelikach” – mówi Kovacs. Niechęć do fizycznych kontaktów podsyca też przesadna potrzeba dbania o higienę i nakręcany przez media strach przed seksualnymi dewiantami.

Jednak tym, co zdaniem dr Kovacs w największym stopniu blokuje millenialsów w relacjach z przeciwną płcią, jest niecierpliwość i obawa przed porażką. Wychowani w świecie wirtualnych gier, oferujących natychmiastową nagrodę i wejście na „wyższy level”, nie chcą długo czekać na bonusy w postaci seksu. U dziadków właśnie to oczekiwanie i niepewność podnosiły zainteresowanie niemal do poziomu
obsesji, u wnuków ten mechanizm nie działa.

Tezie o strachu przed ryzykiem przeczą jednak wyniki ankiet dotyczących seksu bez zobowiązań. Tego rodzaju doświadczenie – bez intencji stworzenia trwałej relacji – miało 45 proc. dwudziestolatków i 35 proc. ich rodziców. Nie jest więc do końca prawdą, że to pokolenie całkowicie odwróci bieg seksualnej rewolucji. Pod pewnymi względami pozostanie wiernymi następcami dziadków. Jedno jest pewne – tworzenie męsko-damskich relacji jest dziś wyjątkowo skomplikowane.