Na lotnisku w stołecznej  Asmarze lądują dwa–trzy samoloty dziennie, czasem żaden. Wraz z garstką pasażerów wychodzę na płytę. Nie ma rękawów, autobusów, ani kolejki przed okienkiem odprawy paszportowej. Wypełniam dokumenty jako turysta, w rubryce zawód wpisuję to, co najbezpieczniejsze – menedżer. Pieczątka, urzędowy uśmiech i przekraczam granicę jednego z najbardziej izolowanych państw świata.

Dolce vita

Afrykańskie stolice są głośne i brudne, tu jest inaczej. Uderza niesamowita cisza. Centrum z wysadzaną palmami Harnet Avenue bardziej kojarzy się z miasteczkami włoskiego południa niż Czarnym Lądem. Kawiarenki, kamienice w stylu art deco, niektóre odnowione, inne odrapane, pranie rozwieszone między okiennicami, przemykające ulicami stare modele fiatów i skuterów potęgują to wrażenie. Nieliczni cudzoziemcy są zachwyceni zatrzymanym w czasie dolce vita. 

Wypisują potem w internecie, że w tym pięknym kraju wszyscy się do nich uśmiechali, ale nikt nie nagabywał o jałmużnę, nie wciskał niechcianych zakupów. Albo jak pewien nasz znany globtroter, który chwali się, że był już wszędzie, zauważają: „Jedyną wadą tego kraju była niezrozumiała dla mnie biurokracja, i choć dokuczyła mi bardzo, to miała przecież wiele wdzięku (…). Przepustki na podróżowanie po kraju wprowadzono podobno jeszcze podczas wojny. Czemu to służy teraz – nie wiem”.

Turystom pokazuje się to, co mają zobaczyć. Dziennikarzy się nie wpuszcza, bo chcą czegoś więcej. Na przykład dowiedzieć się, dlaczego w rankingach wolności prasy opracowanych przez organizację Reporterzy bez granic Erytrea rywalizuje z Koreą Północną o ostatnie – 179. miejsce. A w Światowym Indeksie Prześladowań właśnie awansowała na 11. pozycję, po najbardziej krwawych reżimach. Ludzie nie zaczepiają obcych, bo się boją wszechobecnej bezpieki. Z urywanych zdań rzucanych w trakcie rozmów o niczym próbowałem poskładać bardziej prawdziwy obraz kraju, który po 30 latach wojny oderwał się od Etiopii i w 1993 roku ogłosił niepodległość. 

Wszyscy będziecie żołnierzami

„Byliśmy szczęśliwi, kochaliśmy prezydenta, który dał nam wolność. Teraz wiem, że nie ma nic gorszego, jak oddanie władzy partyzantom, którzy potrafią jedynie walczyć” – mówił mi jeszcze w Jemenie, skąd poleciałem do Erytrei, 30-letni taksówkarz Jassin. Nadal uważał się za szczęściarza, bo udało mu się uciec z „pięknego” kraju. Kilku jego kolegom się nie powiodło, przepadli bez wieści. 

Nie chciał ujawnić szczegółów ucieczki. Marzy o tym, by pomóc w wydostaniu się za granicę młodszemu bratu. Gdy telefonuje do niego, porozumiewają się szyfrem. O legalnym wyjeździe nie ma mowy. Władze nie wydają paszportów mężczyznom, którzy nie ukończyli 50 lat. Kobietom też nie, bo wojujący ze wszystkimi sąsiadami reżim potrzebuje mięsa armatniego. Muszą więc zostać i rodzić nowych żołnierzy. Niespełna pięciomilionowy kraj ma dwa razy liczniejszą armię od polskiej. „Boję się” – wyznał Dawid (imię na jego prośbę zmienione), student politechniki w Asmarze. Wie, że przed ukończeniem ostatniego roku studiów będzie musiał spędzić kilka miesięcy w obozie wojskowym. Tego nikt nie uniknie, ani chłopak, ani dziewczyna.

Oficjalnie obowiązkowa służba wojskowa trwa dwa lata. Ale to tylko teoria. W sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa kraju, czyli zawsze, władze mogą ją dowolnie przedłużać. Żołnierz, którego podwieźliśmy, gdy szedł na przepustkę (dosłownie, bo transport publiczny praktycznie nie istnieje), powiedział, że służy już dziewiąty rok. Z jego jednostki puszczano do cywila średnio po 12 latach. Za dezercję grozi kara śmierci, za uchylanie się od służby – więzienie lub zesłanie do obozu pracy. Bez procesu i bezterminowo. Jedynym wyjściem jest ucieczka za granicę. „W górach ukrywa się mnóstwo ludzi…” – Dawid chyba zrozumiał, że powiedział zbyt wiele, i zmienił temat rozmowy. 

Organizacja Human Rights Watch szacuje, że codziennie z Erytrei ucieka 100 osób. Przedzierają się do Sudanu i do – znienawidzonej jeszcze niedawno – Etiopii. Nikt nie wie, ilu zostaje schwytanych, ilu ginie podczas przeprawy przez skaliste góry. 

Pułapka bez wyjścia

Bezludny teren trudno kontrolować, więc reżim wpadł na prostszy pomysł. Jeśli podlegający obowiązkowi wojskowemu mężczyzna nagle znika, po kilku dniach zostaje aresztowana jego rodzina. Wieści rozchodzą się po okolicy i  ci, którzy nie zdążyli się zbytnio oddalić, często wracają. Patent jest skuteczny, gdyż uciekinierzy poruszają się bardzo wolno, na własnych nogach. Wyjazd samochodem czy autobusem jest skazany na porażkę. Na rogatkach wszystkich miast i miasteczek znajdują się punkty kontrolne, lotne brygady czyhają też na dłuższych odcinkach trasy po bezludziu. A poruszać się po kraju można wyłącznie z przepustką, uprawniającą do przejazdu ściśle określoną trasą. 

O skrupulatności kontrolerów przekonałem się na własnej skórze. Spieszyliśmy się na samolot i postanowiliśmy wracać do Asmary krótszą trasą. Uzbrojeni funkcjonariusze na check poincie odmówili przepuszczenia nas. „Cofnąć się i pojechać tak, jak zapisano w papierach” – powtarzali. Nie pomagało pokazywanie biletów i tłumaczenie, że jeśli cofniemy się 200 km, nie zdążymy. Na szczęście przydzielony nam przewodnik miał wuja pracującego w ministerstwie. Wystarczył jeden telefon i szlaban się podniósł.