Od 1953 roku strefa zdemilitaryzowana, oddzielająca Koreę Południową od Północnej, to najpilniej strzeżona granica na świecie. Szeroki na 4 km pas ziemi niczyjej otaczają po obu stronach zasieki, patrolowane nieustannie przez wojsko. Dzika przestrzeń, ciągnąca się przez 238 km górzystego terenu wzdłuż 38. równoleżnika, stanowi zarazem największe na świecie pole minowe. A jednak 17 stycznia 1968 r. grupa komandosów z komunistycznej Północy (KRLD) zdołała się przekraść na Południe. Był to Oddział 124 – najlepsi z najlepszych. Mieli dostać się do pałacu prezydenckiego w Seulu i zamordować przywódcę Korei Płd. gen. Park Chung-hee. Partia komunistyczna zadbała o staranne wyszkolenie śmiałków. Wybrano ich spośród 100 tys. kandydatów, nauczono survivalu, walki wręcz i posługiwania się rozmaitymi rodzajami broni. Zostali też przeszkoleni w wymyślnych sposobach kamuflażu, jak np. ukrywanie się nocą na grobach. Nie nauczono ich jednak rzeczy najważniejszych: realiów życia na Południu oraz myślenia.

ODDZIAŁ 124 DAJE PLAMĘ

Przez dwa dni komandosi chowali się w lesie, zastanawiając się nad sposobem dotarcia do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Seulu. 19 stycznia Oddział 124 napotkał kilku drwali, których przez parę godzin próbował przekonać do komunistycznej ideologii. Ogłupieni propagandą żołnierze Północy wyobrażali sobie zapewne, że ludzie na Południu tylko czekają na „wyzwolenie”. W trakcie rozmowy okazało się, że tak wcale nie jest. Drwali ostatecznie zwolniono, bo obiecali, że nie puszczą pary z gęby. To był błąd. Jeszcze tego samego dnia drwale donieśli o spotkaniu. Korea Płd. była wówczas państwem policyjnym. Jedną z pierwszych decyzji gen. Park Chung-hee (po zdobyciu władzy w bezkrwawym przewrocie wojskowym w 1961 r.) stało się powołanie KCIA, czyli Koreańskiej CIA. Była to policja polityczna, która prowadziła operacje nie tylko w obu Koreach, ale także w Japonii, USA, a nawet w komunistycznej Europie. Do najśmielszych akcji KCIA należał tzw. incydent berliński z 1967 r. Agenci porwali z NRD grupę komunizujących Koreańczyków, aby ich osądzić na Południu.

Kiedy władze Korei Płd. dowiedziały się o dywersantach z Północy, ich los był już właściwie przesądzony. Tymczasem komandosi kontynuowali misję, co było o tyle łatwe, że teren dzielący strefę graniczną od Seulu jest pofałdowany i lesisty. Sam pałac prezydencki stoi na granicy miasta, sąsiadując z wysokimi skalistymi wzgórzami. W pobliżu Seulu dywersanci zauważyli wzmocnioną ochronę – efekt ich błędu z drwalami. Wówczas przebrali się w przyniesione ze sobą mundury armii Południa. Dzięki temu udało im się minąć kilka posterunków. Zbliżyli się do pałacu na odległość zaledwie 800 metrów. Tam zatrzymał ich patrol policji. Widząc zdenerwowanie dowódcy zatrzymanych, jeden z policjantów sięgnął po broń. Wywiązała się strzelanina, która ściągnęła uwagę całego garnizonu. Oddział 124 przerwał misję i podzielił się na małe dwu- i trzyosobowe grupki, które zbiegły w różnych kierunkach. Seulskie władze zarządziły obławę. Zginęło w niej 34 żołnierzy i policjantów Południa. Niemniej dwudziestu ośmiu północnokoreańskich komandosów zastrzelono, a jeden został pojmany żywcem. Dwóch komandosów zdołało wrócić na Północ. Uważa się, że jednym z nich był Park Jae-gyong, który dzięki temu wyczynowi został później wysokim oficerem w komunistycznej armii.

POWOŁANIE ODDZIAŁU 684

Misja, choć udaremniona, rozwścieczyła przywódcę Korei Płd. Jedyny pojmany zamachowiec zeznał, że komunistyczny lider Kim Ir-sen „zażyczył sobie głowy gen. Parka”. Uratowany cudem generał postanowił odpłacić komunistom pięknym za nadobne. Aby zemścić się na Kim Ir-senie, Park nakazał stworzyć oddział rodem z „Parszywej dwunastki”. Ten amerykański film o jednostce straceńców z drugiej wojny światowej (z Lee Marvinem, Telly Savalasem i Charlesem Bronsonem w rolach głównych) wszedł do kin w 1967 roku. Kopiując hollywoodzki pomysł, w kwietniu 1968 roku południowokoreańskie władze powołały Oddział 684, złożony nie z komandosów (jak w przypadku Oddziału 124 z Północy), ale ze skazańców (którym obiecano darowanie kary) i z bezrobotnych (których skuszono obietnicą pracy i sowitą nagrodą). Śmiałków umieszczono na Silmido – niewielkiej zmilitaryzowanej wyspie. Oddział liczył trzydziestu jeden ludzi: dokładnie tylu, ilu było żołnierzy w północnokoreańskim Oddziale 124. Cały projekt otoczono tajemnicą. Trening Oddziału 684 był dosłownie morderczy: podczas przeszkolenia 7 członków grupy zginęło. Ale zadanie, którego mieli się podjąć, było równie karkołomne – dostać się do stolicy KRLD i zgładzić Kim Ir-sena. Jednak rozkaz ataku na Północ nigdy nie nadszedł!

BUNT NA SILMIDO