Pamiętam ogromne zdziwienie, kiedy przeczytałam bezsprzecznie słabą książkę jednego ze swoich ulubionych pisarzy, a potem usłyszałam bezsprzecznie słabą płytę jednej ze swoich ulubionych artystek. Jak to możliwe, dziwowałam się, nawet nie temu, że przyszła im do głowy słaba książka albo płyta, ale że ją wydali – też przecież poszli za jakimś głosem i musieli nie zorientować się, że fałszywym, dali się zwieść jakiemuś bogu, mamonie, firmie producenckiej, głosom psychofanów. Nie zatrzymali się – puścili w świat coś, co było po prostu błędem. Dlaczego nie odróżnili tego, co prawdziwe, od tego, co fałszywe? Dlaczego i skąd przyszło do nich zwodnicze pseudonatchnienie, kiedy tworzyli swoje pseudoutwory? Pseudonatchnienie, które wyglądało dosłownie tak samo jak natchnienie? (Tego, że pseudonatchnienie i natchnienie wyglądają technicznie rzecz biorąc podobnie, dowiedziałam się przypadkiem, kiedy moja znajoma, osoba naprawdę miła i niegłupia, a równocześnie pisząca strasznie słabe wiersze, opisała mi swój proces twórczy, w słowach zatrważająco podobnych do tego, jak opisywali go znakomici poeci). Kto się nami bawi? Kto przestawia groty strzałek na drodze do naszego skarbu?

Sama już nie wiem, czy gorzej napisać fatalny wiersz czy przeżywać życie, głupio wybierając. Obie rzeczy brzmią dość zatrważająco. W każdym razie prawie każdy z nas, piszący czy nie, bywa jak Krysia Popłoch z książki Tokarczuk – na każdego z nas czyhają przeczucia i znaki, prawdziwe przemieszane z fałszywymi, strzałki na naszych ścieżkach, które, jak się czasem okazuje lata później, prowadziły w idiotycznym kierunku, ale w momencie, kiedy je zobaczyliśmy, mieliśmy poczucie, że los postanowił dać nam dostęp do swoich tajnych korytarzy, dać nam podpowiedź – jeśli tylko będziemy umieli zobaczyć, że próbuje nam coś powiedzieć, czeka nas nagroda – i to nie w niebie, ale tu, na tym łez padole.

Ach, te wszystkie nieprawdopodobnie zapowiadające się miłości, ty i on, niesamowite, że akurat oboje staliście obok siebie na czerwonym świetle, bo przecież gdyby nie kolejka w spożywczym, to by cię tam nie było. Niesamowite, że oboje wybraliście hiszpański jako drugi język, przecież mogliście wybrać niemiecki. Niesłychane, że oboje lubicie tenisa, a jego siostra chodziła z twoją kuzynką do jednego liceum, tyle jest przecież szkół w twoim mieście! Czy to może być przypadek? – pytała mnie przy takich okazjach przyjaciółka, retorycznie zresztą, bo w jej gorejącym wzroku było widać pewność, że to nie przypadek, a znak niechybny. Rzuć wszystko, podążaj za nim, dziewczyno, chłopaku, podążaj za swoim przeczuciem, podążaj, jak każe Coelho, za tak zwanym głosem serca.

Mój ton szyderczy słusznie ci sugeruje, że Krysia nie znalazła tego, czego szukała. Jaki stąd wniosek? Czy Krysia Popłoch powinna była zostać w Nowej Rudzie i nie zawracać sobie głowy głosem ze snu, skoro wędrówka w jego poszukiwaniu na jawie miała zakończyć się rozczarowaniem? Czy Don Kichot powinien był dać sobie spokój, podobnie jak Ikar, ze swoimi woskowymi skrzydłami? Tak daleko bym się nie posunęła. Powątpiewam nie tyle w znaki, ile w naszą umiejętność ich rozpoznawania, odróżnienia od życzeń i projekcji, odróżnienia prawdziwych od fałszywych.

Wydaje mi się raczej, że choćbyśmy nie wiem jak chcieli się czegoś trzymać: znaków, pseudoznaków albo badań naukowych, wychodzi na to, że nie ma się czego trzymać, dziewczyno, chłopaku, wiatru się jeno możemy trzymać!  Będziemy jednak wybierać, codziennie, bo co innego mielibyśmy zrobić. Pozostaje chyba tylko szacunek do jałowych wysiłków, wypraw, z których wracamy z podkulonym ogonem, ograniczone zaufanie do swoich porywów, także tych, za którymi zdecydowaliśmy się pójść. „Nie ufam swoim wewnętrznym przeczuciom, one przychodzą i odchodzą” – śpiewał Leonard Cohen. A facet miał tyle lat, że pewnie zdążył się trochę zorientować.